H.P Lovecraft – „Nienazwane” cz. 4

W grobowcu (In the Vault)

Opowiadanie na pograniczu dobrego smaku mogące wywołać odrazę i nienawiść do autora u czytelników co poważniej traktujących kwestię pochówków, zwłok i ogólnie funeraliów. Historia zniesmaczy też osoby religijne. Jest obrzydliwa, chamska i obfitująca w trupy i patologie. Ale to ulubiona opowieść MikkeHarry`ego…..

Przedsiębiorca pogrzebowy ciągle partaczący swoją robotę (np. zbijający niedbale trumny) i nie traktujący jej poważnie ma za zadanie przenieść na zimę ciała do miejskiego grobowca. Ziemia bowiem zamarzła i jest taka twarda że miejscowi grabarze nie dadzą rady jej skopać aby pochować bieżących zmarłych. Ciała mają przeczekać do wiosny w ceglanym grobowcu, w którym szwankuje zardzewiały zamek metalowych drzwi bo leniwy i nader skąpy przedsiębiorca pogrzebowy żałował na wymianę kłódki przez wiele lat bądź po prostu nie chciało mu się tego naprawić. Za swoją robotę zabiera się więc po pijaku i w towarzystwie konia ciągnącego wóz, na którym wiezione są do grobowca trumny. Przenosi więc drewniane skrzynie z doczesnymi szczątkami mieszkańców, skrzynie które sam wcześniej niedbale z lenistwa wykonał.

Główny bohater słynął z kradzieży co wartościowszych ubrań i butów nieboszczyków oraz innych kosztowności pochowanych razem z nimi. Wszak w trumnie im się już nie przydadzą. Posuwał się też do okaleczania zwłok swoich klientów aby zmieściły się w od niechcenia i słabo wykonanych trumnach. I to ostatnie zemściło się w tej opowieści na leniwym i zapijaczonym partaczu nie szanującym ludzkich zwłok. Zwłok jego znajomych i sąsiadów. ….

Gdy dowiózł już pierwsze trumny do wrót grobowca rozpadał się silny deszcz toteż postanowił schronić się w tej krypcie. Tam między niedbale rzuconymi trumnami. Wiał też silny wiatr i ten wiatr zatrzasnął metalowe drzwi z zardzewiałym zamkiem jak się mogło wydawać na amen. Grobowiec wypełniły egipskie ciemności, a jego jedyny żywy gość rzucił się po omacku do otwarcia drzwi. Niestety bezskutecznie bo zaniedbywane latami drzwi nie dały się otworzyć. Żyjący lokator nie był za bardzo tym przejęty bo postanowił wyjść sobie przez miniaturowy lufcik znajdujący się wysoko na ceglanej ścianie, ale że nie dysponował akurat żadną drabiną ani nawet stołkiem to postanowił użyć do tego trumien z martwymi wkładami – klientami jego domu pogrzebowego 🙂

Z każdą godziną (a spędził ich uwięziony w grobowcu 9) coraz bardziej ogarniały go strach i panika, a zmysły i świadomość oraz zdrowy rozsądek odmawiały powoli posłuszeństwa….

Toteż więzień począł mozolnie dobierać trumny od największej do najmniejszej i od właściwie zbitej do niedbale zbitej. Ustawiał z nich wieżę pod małym lufcikiem nie przejmując się wcale zwłokami, które w nich są, a tu coraz szybciej zbliżała się noc, więc usiłował też ratować się krzykiem i nawoływaniem pomocy bo może szybciej ktoś  go usłyszy i przyjdzie go wyciągnąć, ale tylko jego pozostawiony przed grobowcem i pod drzewem koń odpowiadał irytującym rżeniem i machaniem kopyta. Był coraz bardziej głodny i zdenerwowany, a w jego rżeniu dawało się wyczuć nutę szyderstwa z przedsiębiorcy pogrzebowego, który jak się zdawało dostał właśnie od losu nauczkę za swoje niedociągnięcia i przewinienia w pracy, ale nie to jest jeszcze najstraszniejsze….

Partacz po odsapnięciu na najniższym stopniu swojej wieży jął wspinać się po trumnach ze skrzynką z narzędziami, którymi chciał powiększyć lufcik żeby zmieścić się w otworze. Była już noc, a dziura w murze wystarczająco duża toteż zszedł na dół do ciemnego grobowca aby ponownie odsapnąć przed wyślizgnięciem się ze swojego tymczasowego więzienia. Wspinając się po raz trzeci na wieżę z drewnianych piórników z ich martwymi wkładami coraz bardziej czuł swój ciężar i słyszał trzaski pękających desek, które sam tak leniwie i niedbale pozbijał. To trzeszczały deski jego makabrycznych schodów, a ostatni z nich (ten na samej górze) – najmniejsza trumna zapadł się pod jego ciężarem (a ściślej – samo wieko) i nogi aż do kostek wpadły prosto na trupa! – małego, nieżywego staruszka, który za swojego życia słynął z niebywałej pamiętliwości i mściwości. Potrafił zemścić się na sąsiedzie lub jego psie za wyimaginowane bądź rzeczywiste urazy nawet kilka lat po tym jak miały miejsce.  To temu mieszkańcowi przedsiębiorca pogrzebowy odpiłował stopy na wysokości kostek tak aby ciało zmieściło się w za małej trumnie. Teraz jego samego coś ściskało i trzymało za kostki!

Myślał że to drzazgi lub poluzowane gwoździe przecinają mu właśnie skórę stóp, wbijają się w mięso, a zaraz dotrą do mięśni i ścięgien!

Ostatkiem sił jednak wyrwał się z tego uścisku i po miękkiej i mokrej od deszczu ziemi doczołgał się do kanciapy stróża cmentarza i jego synka, którego stróż posłał po miejscowego lekarza widząc u drzwi zakrwawionego pijaka, partacza, chama i złodzieja. Pod koniec historii nieuczciwy przedsiębiorca pogrzebowy nie miał już czym jeździć bo koń uciekł kilka godzin wcześniej razem z wozem zapewne z głodu i ze śmiechu.

Lekarz przeprowadził krótki wywiad, a oglądając rany mężczyzny był przerażony i trzęsły mu się nieprofesjonalnie ręce gdy je bandażował. Krwawiące dziurki nie miały bowiem kształtu rys powstałych od gwoździ lub drzazg, ale były to…..ślady ludzkich zębów! Zębów, które przegryzły oszustowi ścięgna tak że już nigdy nie mógł chodzić i musiał się przebranżowić, a lekarz polecił mu nie wspominać nikomu co w ciągu tych 9 godzin działo się w grobowcu tym bardziej że udał się do niego z latarką zaraz po opatrzeniu pacjenta gdzie w malignie całych ciał i kończyn rozpoznał uzębienie u jednego z trupów. Ślady zębów na nogach przedsiębiorcy pogrzebowego odpowiadały uzębieniu mściwego i pamiętliwego kurdupla, którego zwłokom oszust odpiłował stopy na wysokości kostek 🙂 😀

Śmieszne?

Były już przedsiębiorca pogrzebowy nigdy nie doszedł do siebie psychicznie ani fizycznie. Do końca życia miał postradane zmysły i mamrotał ciągle do siebie samego coś o trumnach, zwłokach, zębach i grobowcach….

Koń by się uśmiał 😀

 

*Tak poza streszczeniem historii, którą jednak polecam przeczytać w całości bo liczy tylko 5 stron :).

Dobrze mu tak czy nie?

Należała się oszustowi taka nauczka od sił natury?

Czy mimo wszystko źle się mu stało?

Współczujecie czy bijecie brawo?