H.P Lovecraft – „Nienazwane” cz. 6

Ekshumacja (The Disinterment)

Opowieść z pogranicza haitańskiego Voodoo….

Chirurg opiekuje się trędowatym kolegą. Ukrywa go przed oczami i językami wścibskich mieszczan i rodziny w obawie przed jego zlinczowaniem lub wygnaniem bo objawy trądu zaczynają być już widoczne. Do pełnego rozkładu ciała kolegi brakuje jednak jeszcze 7 lat i krótki czas tego okresu chirurg postanawia wykorzystać w nie do końca legalny i moralny sposób. Postanawia oszukać swojego chorego kolegę i oprócz jego dobra ma mroczniejsze i bardziej osobiste intencje i cele w opiekowaniu się nim….

Rzeczony chirurg jest również transplantologiem i eksperymentuje z dziwacznymi lekami. Szuka nawet jakiegoś na jakąś chorobę i w tym celu wyjeżdża na Haiti. W tym czasie trędowaty kolega studiuje literaturę z jego prywatnych zbiorów i znajduje tam makabryczne opisy pseudomedycznych eksperymentów na zwierzętach i na ludziach, które kolega – lekarz sam przeprowadzał. Znajduje też pseudofarmaceutyczną literaturę o eksperymentowaniu z różnymi substancjami chemicznymi w celu stworzenia nowego medykamentu.

Chirurg wraca z Haiti po 4 miesiącach i oznajmia trędowatemu że leku na jego chorobę nie ma, więc na pewno prędzej czy później jego ciało się rozpadnie, ale może ulżyć mu trochę w cierpieniu jeśli ten się na to zgodzi. I tak oto testują na trędowatym haitańską miksturę do robienia z ludzi zombie, taką używaną do Voodoo. Po jej zażyciu trędowatemu mają całkowicie ustać funkcje życiowe, a jego ciało ma przypominać zwłoki, a nawet stopniowo się rozkładać. W trakcie tych wszystkich procesów trędowaty ma żyć i być świadomy, ale ma mieć sparaliżowane ciało i zmysły jak i ograniczony wpływ umysłu na poruszanie częściami ciała.

Po podaniu koledze owego leku jego ciało faktycznie przypomina martwe. Trędowaty nie porusza się ani nie odzywa i nie bije mu serce. Nie postępują też zbyt szybko objawy trądu. Chirurg wzywa odpowiednie służby i przekonuje koronera że kolega zmarł na zawał serca co ma przyśpieszyć pochówek na jego rodzinnym cmentarzu, przy rodzinnej posiadłości kilka przecznic dalej od domu chirurga. Trzy dni po pogrzebie chirurg ze wspólnikiem mają wykopać sparaliżowanego kolegę ze świeżego grobu i przenieść go do domu chirurga gdzie ma on stopniowo dochodzić do siebie. Tak też się dzieje bo trędowaty się na to wszystko zgodził, ale nie wiedział wtedy że stanie się królikiem doświadczalnym swojego kolegi. Eksponatem w jego kolekcji królików i chomików z przeszczepionymi narządami wewnętrznymi. Bo to te zwierzęta chirurg najczęściej badał patrosząc po nocach.

Wrócił do posiadłości chirurga, w której przebywał swój trąd „za życia” i leżąc na łóżku stopniowo odzyskiwał czucie w nogach, rękach i funkcje zmysłów, ale kończyny nie zawsze chciały słuchać poleceń umysłu, a kolega chirurg napominał go aby nie patrzył się tylko na swoje ciało i siadając zakrywał się od szyi w dół kocem. W siadaniu pomagał mu stetryczały sługus chirurga. Odzyskując powoli zmysły i władze umysłowe doszedł do wniosku że chirurg nie patrzy już na niego jak na kolegę i nie rozmawia z nim jak wcześniej. Bada go tylko jak swoje zwierzęta i wypytuje czy wraca mu czucie w nogach. Stetryczały sługus również poświęca mu coraz mniej czasu, zasłony w pokoju są zasłonięte, a światło zgaszone i palą się tylko świece. Nie ma w pokoju kalendarza, więc ofiara chirurga ma problem z określeniem dni i miesięcy. Później nie odróżnia nawet nocy od dnia bo przez szparę w nie zasłoniętej zasłonie widzi kawałek ołowianego nieba. Odzyskując coraz szybciej siły przekonuje się coraz bardziej że jest więźniem i eksperymentem swojego kolegi i pewnej nocy postanawia z tego więzienia, w którym „za życia” chował się przed społeczeństwem ze swoją chorobą…..uciec….

Znajduje jakiś stary płaszcz i stare buty, a uciekając bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia roztrzaskuje kandelabrem na pół łeb swojego kolegi – chirurga. Śpiącego na fotelu po pijaku z jakąś pseudomedyczną książką w ręku. Następnie dusi na śmierć błagającego go o litość stetryczałego sługusa martwego już chirurga, z którym z racji nie pełnych jeszcze sił ma większy problem bo chociaż jest stary to przytomny i nie śpiący jak chirurg. Trędowate-zombie wymyka się z posiadłości martwego od chwili kolegi i przytrzymując się kawałka drewna pełznie powoli do opuszczonej od ponad 10-ciu lat rodzinnej posiadłości, na terenie której mieści się cmentarz, na którym pochowano jego sparaliżowane ciało wykopane potem przez chirurga….

Widząc swój nagrobek w panicznej ciekawości zaczyna odkopywać ziemię aż łamie sobie paznokcie i dokopuje się do trumny jak się mu jeszcze zdaje pustej bo przecież ON, chociaż trędowaty ŻYJE! I stoi tutaj, drżąc z ociekającymi krwią palcami. Jednak gdy podnosił wieko uderzył go z trumny intensywny odór rozkładu zwłok. Z początku myślał że ktoś przez pomyłkę postawił jego nagrobek na cudzym grobie, ale w trumnie było rozkładające się cuchnące…..jego bezgłowe ciało :).

Nie bez powodu po przeniesieniu z grobu do posiadłości chirurga mógł poruszać tylko głową, a chirurg napominał go aby nie zerkał na (nie)swoje ciało :). Chirurg przywiózł z Haiti nie tylko paraliżujący medykament, ale i inny eksponat, eksperyment. Coś jak chomiki i króliki. I tak oto z ciałem od nie swojej głowy lub z głową od nie swojego ciała żywy trup zombie postanowił rzucić się do rodzinnej studni w rodzinnej posiadłości gdy tylko wzejdzie słońce. Ale czy to zrobił autorzy już nie wspominają :).

H.P Lovecraft – „Nienazwane”

Dwie czarne butelki (Two black bottles)

Krótka historia dwóch dusz uwięzionych za sprawą czarnej magii w tytułowych butelkach. Dusza pastora i jego kościelnego zostają w nich uwięzione za sprawą praktykowania przez obu czarnej magii z ksiąg i papirusów, które pozostawił pierwszy pastor parafii. W trakcie krótkiej walki z kościelnym uwalnia je dopiero daleki kuzyn pastora, który przyjeżdża do zabitej dechami wsi po otrzymaniu wiadomości że jego wuj umarł i zostawił mu jakiś spadek….

Wieśniacy nie są chętni do rozmów o swoim byłym proboszczu, ale od sklepikarza przyjezdny dowiaduje się że wuj mieszkał na plebanii z dziwacznym kościelnym, o którym mówią że był opętany przez diabła i rzucił uroki i zaklęcia na pastora. Pastor wygłaszał coraz to straszniejsze kazania przesycone grozą, z których prości wieśniacy nie mogli nic zrozumieć. Sam podobno też po mszy i w piwnicach kościoła parał się czarną magią ze starych ksiąg znalezionych w parafii, a do zaklęć i kontaktów z diabłem miał używać martwych stworzeń ze stojących w piwnicy plebanii słoików.

Kuzyn zmarłego proboszcza nie wierzy w te wiejskie zabobony i postanawia sam wieczorem udać się na plebanię aby porozmawiać z kościelnym, który to po śmierci jego wuja z niespotykaną radością sam zakopał trumnę z jego ciałem na przykościelnym cmentarzu. I to zaraz obok grobu pierwszego proboszcza parafii, który zostawił po sobie czarnomagiczne i demoniczne manuskrypty. Kościół był miejscem zimnym, ciemnym i wilgotnym, a z jego wieży dało się słyszeć nie odpowiednią dla miejsca sakralnego muzykę bądź piosenkę. Wędrowiec wreszcie znalazł pijanego i śpiącego kościelnego pilnującego dwóch czarnych butelek z dwiema duszami…..

Zapijaczony kościelny jak się okazuje czarownik opowiedział mu o tym jak nauczył się diabelskich i demonicznych zaklęć z ksiąg i papirusów znalezionych w piwnicy kościoła i  o tym jak rzucał uroki na jego wuja aby ten wygłaszał coraz bardziej przerażające i nie zrozumiałe dla wiernych kazania, z powodu których opuszczali oni kościół i było ich coraz mniej. I tak gaworzyli sobie jak trzeźwy krewny z pijanym kościelnym, a spoglądając przez okno piwnicy widzieli że wielki, biały krzyż na grobie zmarłego pastora się przechyla. Czyżby nieboszczyk zapomniał czegoś z tego świata i chce po to wrócić? Czy nie chcą go wpuścić bez tego do nieba? A może zapomniał czegoś z czarnej butelki?

Przestraszony kościelny opowiadał o tym jak co wieczór ziemia na grobie zakopanego przez niego pastora jest coraz bardziej rozkopana, a krzyż się przechyla jakby trup chciał wyjść z grobu. Opowiedział też jak zabrał wujowi przybysza duszę i zamkną w czarnej butelce, której teraz pilnuje. Tak samo jak i jego dusza została zamknięta w innej i tajemnica dziwności oraz demoniczności kościelnego zostaje rozwiązana……

Kuzyn uwalnia duszę wuja z butelki mimo protestów kościelnego-czarownika. Robi to po krótkiej walce z nim, po której okazuje się że uwolnił nie tę duszę co trzeba i ciało zapijaczonego kościelnego rozlatuje się na kawałki na jego oczach mieniąc się to na czarno, to na zielono, to na biało…..

I nie ma już komu kosić trawy na cmentarzu i dbać o kwiaty na grobach :).

H.P Lovecraft – „Nienazwane” cz. 4

W grobowcu (In the Vault)

Opowiadanie na pograniczu dobrego smaku mogące wywołać odrazę i nienawiść do autora u czytelników co poważniej traktujących kwestię pochówków, zwłok i ogólnie funeraliów. Historia zniesmaczy też osoby religijne. Jest obrzydliwa, chamska i obfitująca w trupy i patologie. Ale to ulubiona opowieść MikkeHarry`ego…..

Przedsiębiorca pogrzebowy ciągle partaczący swoją robotę (np. zbijający niedbale trumny) i nie traktujący jej poważnie ma za zadanie przenieść na zimę ciała do miejskiego grobowca. Ziemia bowiem zamarzła i jest taka twarda że miejscowi grabarze nie dadzą rady jej skopać aby pochować bieżących zmarłych. Ciała mają przeczekać do wiosny w ceglanym grobowcu, w którym szwankuje zardzewiały zamek metalowych drzwi bo leniwy i nader skąpy przedsiębiorca pogrzebowy żałował na wymianę kłódki przez wiele lat bądź po prostu nie chciało mu się tego naprawić. Za swoją robotę zabiera się więc po pijaku i w towarzystwie konia ciągnącego wóz, na którym wiezione są do grobowca trumny. Przenosi więc drewniane skrzynie z doczesnymi szczątkami mieszkańców, skrzynie które sam wcześniej niedbale z lenistwa wykonał.

Główny bohater słynął z kradzieży co wartościowszych ubrań i butów nieboszczyków oraz innych kosztowności pochowanych razem z nimi. Wszak w trumnie im się już nie przydadzą. Posuwał się też do okaleczania zwłok swoich klientów aby zmieściły się w od niechcenia i słabo wykonanych trumnach. I to ostatnie zemściło się w tej opowieści na leniwym i zapijaczonym partaczu nie szanującym ludzkich zwłok. Zwłok jego znajomych i sąsiadów. ….

Gdy dowiózł już pierwsze trumny do wrót grobowca rozpadał się silny deszcz toteż postanowił schronić się w tej krypcie. Tam między niedbale rzuconymi trumnami. Wiał też silny wiatr i ten wiatr zatrzasnął metalowe drzwi z zardzewiałym zamkiem jak się mogło wydawać na amen. Grobowiec wypełniły egipskie ciemności, a jego jedyny żywy gość rzucił się po omacku do otwarcia drzwi. Niestety bezskutecznie bo zaniedbywane latami drzwi nie dały się otworzyć. Żyjący lokator nie był za bardzo tym przejęty bo postanowił wyjść sobie przez miniaturowy lufcik znajdujący się wysoko na ceglanej ścianie, ale że nie dysponował akurat żadną drabiną ani nawet stołkiem to postanowił użyć do tego trumien z martwymi wkładami – klientami jego domu pogrzebowego 🙂

Z każdą godziną (a spędził ich uwięziony w grobowcu 9) coraz bardziej ogarniały go strach i panika, a zmysły i świadomość oraz zdrowy rozsądek odmawiały powoli posłuszeństwa….

Toteż więzień począł mozolnie dobierać trumny od największej do najmniejszej i od właściwie zbitej do niedbale zbitej. Ustawiał z nich wieżę pod małym lufcikiem nie przejmując się wcale zwłokami, które w nich są, a tu coraz szybciej zbliżała się noc, więc usiłował też ratować się krzykiem i nawoływaniem pomocy bo może szybciej ktoś  go usłyszy i przyjdzie go wyciągnąć, ale tylko jego pozostawiony przed grobowcem i pod drzewem koń odpowiadał irytującym rżeniem i machaniem kopyta. Był coraz bardziej głodny i zdenerwowany, a w jego rżeniu dawało się wyczuć nutę szyderstwa z przedsiębiorcy pogrzebowego, który jak się zdawało dostał właśnie od losu nauczkę za swoje niedociągnięcia i przewinienia w pracy, ale nie to jest jeszcze najstraszniejsze….

Partacz po odsapnięciu na najniższym stopniu swojej wieży jął wspinać się po trumnach ze skrzynką z narzędziami, którymi chciał powiększyć lufcik żeby zmieścić się w otworze. Była już noc, a dziura w murze wystarczająco duża toteż zszedł na dół do ciemnego grobowca aby ponownie odsapnąć przed wyślizgnięciem się ze swojego tymczasowego więzienia. Wspinając się po raz trzeci na wieżę z drewnianych piórników z ich martwymi wkładami coraz bardziej czuł swój ciężar i słyszał trzaski pękających desek, które sam tak leniwie i niedbale pozbijał. To trzeszczały deski jego makabrycznych schodów, a ostatni z nich (ten na samej górze) – najmniejsza trumna zapadł się pod jego ciężarem (a ściślej – samo wieko) i nogi aż do kostek wpadły prosto na trupa! – małego, nieżywego staruszka, który za swojego życia słynął z niebywałej pamiętliwości i mściwości. Potrafił zemścić się na sąsiedzie lub jego psie za wyimaginowane bądź rzeczywiste urazy nawet kilka lat po tym jak miały miejsce.  To temu mieszkańcowi przedsiębiorca pogrzebowy odpiłował stopy na wysokości kostek tak aby ciało zmieściło się w za małej trumnie. Teraz jego samego coś ściskało i trzymało za kostki!

Myślał że to drzazgi lub poluzowane gwoździe przecinają mu właśnie skórę stóp, wbijają się w mięso, a zaraz dotrą do mięśni i ścięgien!

Ostatkiem sił jednak wyrwał się z tego uścisku i po miękkiej i mokrej od deszczu ziemi doczołgał się do kanciapy stróża cmentarza i jego synka, którego stróż posłał po miejscowego lekarza widząc u drzwi zakrwawionego pijaka, partacza, chama i złodzieja. Pod koniec historii nieuczciwy przedsiębiorca pogrzebowy nie miał już czym jeździć bo koń uciekł kilka godzin wcześniej razem z wozem zapewne z głodu i ze śmiechu.

Lekarz przeprowadził krótki wywiad, a oglądając rany mężczyzny był przerażony i trzęsły mu się nieprofesjonalnie ręce gdy je bandażował. Krwawiące dziurki nie miały bowiem kształtu rys powstałych od gwoździ lub drzazg, ale były to…..ślady ludzkich zębów! Zębów, które przegryzły oszustowi ścięgna tak że już nigdy nie mógł chodzić i musiał się przebranżowić, a lekarz polecił mu nie wspominać nikomu co w ciągu tych 9 godzin działo się w grobowcu tym bardziej że udał się do niego z latarką zaraz po opatrzeniu pacjenta gdzie w malignie całych ciał i kończyn rozpoznał uzębienie u jednego z trupów. Ślady zębów na nogach przedsiębiorcy pogrzebowego odpowiadały uzębieniu mściwego i pamiętliwego kurdupla, którego zwłokom oszust odpiłował stopy na wysokości kostek 🙂 😀

Śmieszne?

Były już przedsiębiorca pogrzebowy nigdy nie doszedł do siebie psychicznie ani fizycznie. Do końca życia miał postradane zmysły i mamrotał ciągle do siebie samego coś o trumnach, zwłokach, zębach i grobowcach….

Koń by się uśmiał 😀

 

*Tak poza streszczeniem historii, którą jednak polecam przeczytać w całości bo liczy tylko 5 stron :).

Dobrze mu tak czy nie?

Należała się oszustowi taka nauczka od sił natury?

Czy mimo wszystko źle się mu stało?

Współczujecie czy bijecie brawo?

H.P Lovecraft – „Nienazwane” cz. 3

Z zaświatów (From Beyond)

Na podstawie tej powieści nakręcono kiedyś nawet film. Nie przypominam sobie jego tytułu bo jest bardzo stary, ale historia to głębokie, awanturnicze sci-fi…..

Otóż pseudonaukowiec jest na dobrej drodze do odkrycia czegoś, ale na początku powieści jeszcze nie do końca wiadomo czego. Konstruuje na strychu swego domu jakąś maszynę, a jest jeszcze wtedy w pełni sił fizycznych i psychicznych. Opowiada o swoich eksploracyjnych dążeniach swojemu najlepszemu przyjacielowi – innemu naukowcowi. Ten jednak jest sceptyczny, wyśmiewa go, a ten w odpowiedzi wyrzuca go za drzwi….

Za 10 tygodni sceptyczny naukowiec dostaje list od przyjaciela, a gdy zachodzi do jego domu to drzwi otwiera mu zupełnie wyniszczony, posiwiały, pomarszczony, podstarzały i z trudem poruszający się mężczyzna! Jest zdziwiony że przyjaciel kiedy go po raz ostatni widział był w kwiecie i sile wieku i tryskał młodzieńczą energią, a przez 10 tygodni zmienił się w zniedołężniałego starca z czarnymi worami pod zapadniętymi oczami i z pożółkłą, obwisłą skórą twarzy. Przyjaciel prowadzi naukowca, który cały czas jest sceptyczny i mu nie wierzy na strych swojego domu. Ale z każdym zdaniem opowieści ekscentrycznego naukowca opowiadanej na ciemnych schodach na strych (bo prądu już dawno w domu nie ma i świeci się tylko niesiona przez gospodarza świeca) sceptycyzm powoli zastępuje ciekawość…..

Projekt-bez-tytułu-1-17-940x560

Gość dziwi się też że w domu nie ma licznej kiedyś służby i wypytuje o to gospodarza tak samo jak i o prąd, którego nie ma, ale za to na strychu stoi świecąca i jarząca się jakimś blaskiem maszyna! Gospodarz nie odpowiada, a gość ma się dowiedzieć wszystkiego za chwilę gdy zostanie do niej podłączony, czemu się  stanowczo nie sprzeciwia bo jest już znudzony opowieścią przyjaciela i nadal mu do końca nie dowierza, ale chce mieć to wszystko jak najszybciej za sobą. Naukowiec stworzył bowiem maszynę do postrzegania pozazmysłowego….

Sprzęt ma wyostrzać ludzkie zmysły i pobudzać do życia te uśpione od setek milionów lat, które były wykształcone gdy człowiek był jeszcze elektronem, a zanikły przez lata biologicznej i organicznej ewolucji. Gość podłączony do maszyny dalej słucha fantastycznych bajdurzeń starego i chorego kolegi, a przed jego oczami i na całym strychu domu widzi projekcje i obrazy dziwacznych kształtów, rzeczy i istot nie z tej ziemi lub z innego wymiaru. Czy jak określa to odkrywca „Z zaświatów”. Jako zmysł, którym galaretowate kształty i istoty są postrzegane w naszym świecie odkrywca wymienia szyszynkę (tzw.trzecie oko). Wychodzi na to że kolega odkrył maszynę łączącą świat nasz z zaświatami bądź innymi wymiarami, a te nieestetyczne i pogmatwane istoty są ich mieszkańcami i przez maszynę przenoszą się do naszego świata. Można je widzieć, ale i one widzą teraz dwóch naukowców….

Przyjaciel gospodarza wnet pojął co zżera w domu prąd i dlaczego odeszli wszyscy służący. Czy dlatego że zobaczyli te istoty i kształty przypadkiem, czy może one wciągnęły je do swojego świata?  To by tłumaczyło że gospodarz znajdował na podłogach ich porzucone ubrania, a teraz i jego ścigają nowi znajomi z zaświatów bo chcą go pożreć i rozpuścić, ale on nie chce się im dać. Tak jak wcześniej zamiast niego zabrały jego służących, tak teraz ich ofiarą ma być jego przyjaciel! Wg. niego tchórz i niedowiarek, który mu nie wierzył i go wyśmiał, a teraz on chce się za to  zemścić i rzucić go zaświatom na pożarcie!

Podczas projekcji tych istot nie wolno się poruszyć bo one na to reagują tak samo jak na krzyk. Dlatego z domu naukowca dochodziły czasami wrzaski i piski przerażonych służących zagłuszające warkot i buczenie straszliwej maszyny.

Historia kończy się tak że policja znajduje w domu naukowca jego trupa i nieprzytomnego kolegę z pistoletem w ręku. Celował w przyjaciela? Czy usiłując się jak najmniej poruszać w wewnętrznym tylko zdenerwowaniu i roztrzęsieniu zastrzelił przerażający sprzęt?  Nie opowiadał za wiele policji bo lekarz sądowy mógłby go uznać za wariata po usłyszeniu wszystkiego co widział i po zrelacjonowaniu do czego służyły resztki leżącego na strychu sprzętu. A tak lekarz stwierdził że został on zahipnotyzowany przez szaleńca, a sam szalony naukowiec zmarł na apopleksję.

Przyjaciel zmarłego nie wierzył w swoje zahipnotyzowanie przez niego, chociaż taka wiara bardzo by mu pomogła na nerwy i psychikę. Jeszcze długo po całym tym nocnym zdarzeniu gdy odczuwał zmęczenie i strach wydawało mu się że coś go prześladuje. Nigdy nie czuje się bezpieczny i cały czas odczuwa obecność nieforemnych i obrzydliwych kształtów, galaret, rzeczy i istot  „Z zaświatów”.

Poza tym, nigdy nie odnaleziono trupów służących, których według śledczych zamordował sam naukowiec….

„Nienazwane” – H.P Lovecraft cz. 2

*W tym cyklu postaram się opisać pokrótce większość z 13 powieści ze zbioru „Nieznane”…..

Straszliwy Starzec (The terrible Old Man)

Trzech złodzieji-imigrantów włamuje się do domu sędziwego i upiornego ex-kapitana statku, który jak twierdzą mieszkańcy okolicznych domów rozmawia ze swoimi butelkami, w których wiszą ołowiane odważniki. Butelki te starzec ponazywał nawet imionami. (Najprawdopodobniej swoich byłych marynarzy). A podczas jego samotnych rozmów z nimi odważniki w butelkach drżą tak jakby mu odpowiadały. Złoczyńcy nie znajdują w domu starca kapitańskich skarbów i złota czy srebra, którymi kapitan płaci w sklepie. Ale za to kilkanaście dni później znajdują ich zmasakrowane i skopane ciała. Wyławiają je z rzeki lub jeziora przepływającego nieopodal domu poruszającego się o lasce i siwego starca.  Jemu samemu nie stała się żadna krzywda, chociaż już od dawna jest jedną nogą w zaświatach…..

hp

Koty Ultharu (The Cats of Ulthar)

W mieście Ulthar mieszka starsze małżeństwo wyłapujące i brutalnie mordujące koty sąsiadów włóczące się przy ich płocie. Nocami słychać z ich domostwa okropne kocie jęki, a sąsiedzi i lokalne władze boją się starszego małżeństwa i boją się o swoje dzieci żeby te nie skończyły jak ich koty, więc milczą i ze strachu nie robią nic z sąsiedztwem gnębiącym i zabijającym ich zwierzęta…..

Aż wreszcie do Ultharu przyjeżdżają tabory ciemnoskórych cudzoziemców (coś na wzór obecnych Cyganów). Cudzoziemcy to kupcy i wagabundzi, a na ich wozach wymalowane są freski ludzkich ciał z kocimi bądź ptasimi głowami. Przybysze kupują od miejscowych jakieś paciorki, a wśród nich jest mały chłopiec. – Sierota, któremu los odebrał rodziców, ale w zamian dał do towarzystwa małego kotka :). Dziecko ciągle się z  nim bawi aż pewnej nocy zwierzę znika, a chłopiec słyszy od miejscowych plotki o morderczym i nie lubiącym kotów małżeństwie……

Mały Cygan odprawił swoje dzikie modły w nie do końca zrozumiałym dla miejscowych języku, podczas których na niebie pojawiły się chmury w kształcie hybryd z dyskami na głowach. Cudzoziemcy wyjechali bez swojego kotka, a tej nocy wszystkie koty z Ultharu zniknęły……

Mieszkańcy i lokalne władze spekulowali że zostały one porwane przez wędrownych handlarzy lub też przez parę morderców. Nad ranem wszystkie zwierzęta wróciły niespotykanie otyłe i grube i nie chciały spożywać serwowanego jedzenia i mleka przez kilka dni. Wałęsały się po miasteczku i mruczały. A mieszkańcy Ultharu nie widywali małżeństwa mordujące koty już od tygodnia i od tygodnia żaden kot w mieście nie znikną. Wreszcie lokalny włodarz przełamał się i odwiedził z dwoma świadkami domostwo starszych morderców kotów. Zastali tam tylko dwa ludzkie szkielety z resztkami mięsa – ogryzione przez jakieś zwierzęta i dziwne robaki w kątach. Dowodów na to nie było, ale nieoficjalnie było bardziej niż pewne to że parę morderców pożarły Koty Ultharu”, wałęsające się teraz takie otyłe, nie głodne i zadowolone po mieście.

Od tej pory w Ultharze jest prawnie zabronione zabijanie kotów, które do dzisiaj mają tam się dobrze 🙂

*A już w przyszłym tygodniu kolejne typy wyborcze MikkeHarry`ego….

„Nienazwane” – H.P Lovecraft cz. 1

„Nieznane” to zbiór najmniej znanych powieści takiego klasyka grozy jak H.P Lovecraft. Dwie z nich napisał on we współpracy z innymi autorami. Zbiór jest uzupełnieniem „Zewu Cthulu”, a edycja  „Nieznane” zawiera najmniej znane powieści tego autora.

Natomiast wpis jej dotyczący zostanie podzielony na kilka części, a to jest pierwsza. Dzieła H.P Lovecrafta gościły już kiedyś na tym blogu.

Za ścianą snu (Beyond the wall of sleep)

Bohaterami tej powieści są: pacjent szpitala psychiatrycznego schwytany przez bandę samozwańczych stróżów prawa po tym jak rzekomo zamordował sąsiada i zakrwawiony rzucił się do ucieczki. Sam za wiele nie pamięta, a dość wspomnieć że pochodzi z prymitywnej i zacofanej społeczności i posługuje się prymitywnym nieskładnym językiem będącym nie do zrozumienia dla lekarzy i naukowców badających jego przypadek. A jest co badać bo pacjent miewa dziwaczne sny oraz wizje i opowiada straszne lub fantastyczne rzeczy. Chce zemścić się na jakimś niematerialnym, świetlistym i wirującym przedmiocie pochodzącym z jego sennych wizji.

Drugim bohaterem tej historii jest narrator – jeden z naukowców postanawiający przebadać pacjenta niestandardowym telegraficznym urządzeniem własnej konstrukcji. Za pomocą kabla z elektrodami podłącza się do jego umysłu i do swojego. W ten sposób dostaje się do umysłu i snów pacjenta. Tam goni z nim dziwny, świetlisty i wirujący przedmiot i przeżywa jego senne wizje. Kontaktuje się też z drugim, sennym ja pacjenta i swoim – jakąś istotą pochodzącą z niematerialnego świata. Rozmawia z nią, a tymczasem pacjent umiera…..

Naukowiec dochodzi do wniosku że poprzez niego skontaktował się i rozmawiał z bytem z innego wymiaru – sennym odpowiednikiem siebie i pacjenta. To od tej istoty pochodziły dziwaczne wizje, które wariat wyrażał swoim prymitywnym językiem, ale sama pozawymiarowa istota używała poprawnej angielszczyzny.

Przemiana Huana Romero (The transistion of Juan Romero)

Narratorem w tej powieści jest były oficer wojska stacjonujący niegdyś w Indiach, a obecnie pracujący w kopalni złota w Zachodniej Ameryce. Kopalnię przejmuje nowy koncern, a do pracy przybywa dziwnie wyglądający i zachowujący się Indianin, który zwraca szczególną uwagę na pierścień na ręku narratora. Indianin mówi słabo po angielsku i w dziwacznym dialekcie hiszpańskiego. Szybko okazuje się też że pierścień narratora będzie miał związek z nie do końca wytłumaczalnym wydarzeniem w kopalni i śmiercią Indianina.

Otóż w jednej ze sztolni górnicy nadzwyczaj dużą ilością dynamitu wysadzają grubą ścianę litej skały. Powoduje to zapadnięcie się dna pobliskiego jeziora, z którego jak twierdzi zarządca kopalni wmywane są do jej sztolni złoto i inne skarby. Zapada się też kilka domów na górze, pod którą znajduje się kopalnia, a wybuch zwala z nóg kilku górników.

Nowo powstałe osuwisko jest tak głębokie że nawet połączonymi ze sobą wieloma linami nie można sięgnąć jego dna, a w nocy dochodzą z niego groźne odgłosy. Bębnienie, dudnienie przypominające skandowanie w końcu porywa dziwnego bo nad wyraz jasnoskórego Indianina przypominającego raczej Azteka. Z wnętrza osuwiska się świeci i błyszczy. Tej samej nocy zrywa się też ostra burza z piorunami poprzedzona długim i złowieszczym ujadaniem psów, kojotów i innych zwierząt. Burza ta zamyka w jakiś sposób wysadzone dynamitem nowe osuwisko.

Narrator budzi się obok trupa Indianina, za którym jak mu się zdaje poprzedniej nocy chciał wskoczyć w żarzącą się na czerwono i skandującą przepaść, ale teraz nad jego trupem ględzi sobie grupka kolegów z kopalni. Narrator spostrzega też że zniknął jego pierścień, do którego był on bardzo przywiązany. Zgłasza kradzież, ale mimo ogłoszeń i policyjnej akcji nie udaje się go znaleźć.

Każdej kolejnej nocy narrator słyszał już zawsze dźwięki z pod ziemi. Dudnienie, bębnienie i skandowanie…..

 

Dane techniczne

Wydawnictwo: C&T Toruń

Tłumaczenie: Katarzyna Maciejczyk

Liczba stron: 200 (w zależności od wersji)

Liczba opowiadań/powieści: 13

ISBN: 978-83-7470-360-4

Rok wydania: 2017

Miejsce wydania: Toruń