Skąd się biorą BitCoin`y?

Wpis dzisiejszy poświęcam posiadaczom portfeli BitCoin na https://blockchain.info/pl/wallet/login .
Tutaj można założyć swój portfel i dostać adres BTC taki jak np. mój:

1FxWTZBd2CbKfm1qfuHDRciPX4MKfgc77a  BTC

Kod do skanowania:
Na ten adres można wpłacać BitCoiny i wykonywać inne transakcje. Ale wpisa dedykuję też tym, którzy jeszcze nie posiadają swoich adresów BTC, a chcieliby. Pokażę skąd łatwo i bezboleśnie pobrać trochę satoshi – groszy BitCoina. Wystarczy tylko poświęcić około minuty i klikać. Niezbyt ciężkie i nie męczące zajęcie, a już na pewno nie dla tych, którzy całe dnie spędzają przed kompami. Na swoim siedzeniu przy kompie można nawet zarobić. BTC można wymienić na realne waluty w bankomatach internetowych i na giełdach BTC również przez internet. Więcej o tym napisałem tutaj:

https://mikkeharry.wordpress.com/2015/03/09/mikkeharry-o-bitcoinie/

http://moonbit.co.in/?ref=e67cc65ae39c
Tutaj klikamy – „claim now” na jasnoniebieskim tle i odsłaniamy kod, który wpisujemy do takiej długiej rubryki. Następnie klikamy – „return to page”. Potem klikamy – „submit” na jasnoniebieskim tle i na górze strony obok złotej monety pojawi się liczba wygenerowanych satoshi. Kolejnego wykopu można dokonać za kilkanaście minut, a wykopane w ten sposób grosze będą widoczne na naszym koncie w blockchain w weekend :). Konto na moonbit wtedy się wyzeruje.

Innym minerem i już dla trochę ambitniejszych kopaczy jest:

http://coinhd.com/?ref=186410

Tutaj trzeba już założyć konto i logować się aby oglądać krótkie filmiki z you tube`a. Rejestracja trwa chwilę i nie ma przy niej większych problemów. I po zalogowaniu spisujemy poprawnie kod widoczny na środku strony żeby wyskoczył filmik do obejrzenia. Czasami trwający półtorej minuty, czasami pięć minut, a czasami minut czternaście. Obejrzenie go jest nieodzowne do nabicia sobie konta bitami, które są zamieniane na satoshi. Trzeba naoglądać minimum 60 bitów aby kopanie zostało zaliczone, a wyoglądane satoshi po godzinie przesłane na blockchain. Podobno nie trzeba oglądać całego filmu i tylko minuta wystarczy, ale ja jeszcze wolałem nie ryzykować. Nie musicie się przecież patrzeć na ekran, wystarczy włączyć film. Historię przelewów można znaleźć w zakładce „Earnings”. Zakładki są w lewym, górnym rogu. Klikając w zakładkę „watch videos” możemy obejrzeć kolejny film po spisaniu kodu. Do „Earnings” można też wejść przez „My Profile – „Home”.

I trzecim minerem, który chcę opisać jest https://faucetbox.com/en/list/BTC .

Tutaj na górze strony klikamy „faucets list” i pojawia nam się lista faucetów. Możemy klikać po jednym tak aby otwierały się nam w nowych kartach. Następnie w każdym z faucetów trzeba wkleić swój adres BTC lub ten, na który chcemy przesłać wygenerowane satoshi.

Faucet prosi następnie o udowodnienie że się jest człowiekiem, ale nie przez spisanie kodu tylko przesunięcie określonych przedmiotów do określonego miejsca. Np. warzyw do ogrodu. Wymagana przy tym jest minimalna znajomość języka angielskiego, tak jak z resztą przy wszystkich miner`ach. Aha, aby przejść do udowodnienia naszego człowieczeństwa klikamy „claim” na samym dole faucet`u i na niebieskim lub brązowym (zależy of faucetu) tle. Następnie klikamy „start” i mamy nasz udowadniacz.

I zarobiliśmy już parę groszy, które pojawią się w naszym portfelu BTC po jakimś czasie. Należy czytać krótkie zdania w języku angielskim w każdym faucet`cie. Dotyczą one najczęściej czasu oczekiwania na przelew i czasu po jakim możemy po raz kolejny skorzystać z tego faucet`u. Jest też informacja o „zarobionych” już przez dany faucet groszach.

1 BTC = 100 milionów satoshi, a jeden BTC jest już bardzo drogi :). Ale przecież nie ma nic za darmo, trzeba się przynajmniej naklikać. Wykopane tak satoshi będą (podobno) wysłane na podany adres BTC w ciągu 48 godzin. Na faucetbox można też założyć konto.

Znacie jakieś inne minery do satoshi? To podzielcie się nimi ze mną tak jak ja się z wami dzielę i zachęcam drogich czytelników moich wypocin do zakładania sobie adresów na blockchain i inwestowania w to trochę czasu. Nikt się nie spodziewał że z tego BitCoina w ogóle coś będzie, a ludzie na zachodzie pozbijali na nim fortunę siedząc i klikając.

Mnie BitCoin`em zaraził kolega Tomek, wciągnąłem się i popularyzuje go dalej w języku polskim, gdyż mało kto się tym zajmuje w Polsce jeszcze. Jak sami się nie interesujecie to przekażcie proszę tego posta dalej. Mam nadzieję że godnie reprezentuję ten mało znany jeszcze w Polsce aspekt finansów i żałuję że nie mam innego przeciwnika-blogera, który by ze mną konkurował w pisaniu o BTC lub współpracował z nim w tej sprawie. A może mam? To proszę go niech się zgłosi w komentarzu do tego posta :).

Nakopanymi BitCoin`ami można na przykład doładować sobie telefon specjalnym serwisem internetowym. Jak sobie go przypomnę to wrzucę w komentarzu.

Reklamy

Wspomnienia ze szkoły cz.3 – ostatnia

Nie sądziłem że tak przyjemnie wspomina się stare, szkolne czasy i miałem zakończyć ten pamiętnik ucznia już wczoraj. Ale z biegiem wydarzeń, które opisywałem zacząłem przypominać sobie co raz to dalsze lata mojej „nauki” i postanowiłem dalej skorzystać z okazji i dobrodziejstw medium jakim jest blok aby podzielić się tymi wspomnieniami z czytelnikami. Cieszę się że w ogóle mam z kim się nimi podzielić.

Tak, więc wczoraj skończyłem na podstawówce…

WF – wiecznie nie miałem stroju i nie lubiłem ćwiczyć. Pan trener o sumiastym, rudym wąsie nie miał już do mnie cierpliwości.

Korektywa – lekcja traktowana bardziej jak bydlęce harce na podwórku pod blokiem. Dużo krzyków i siniaków. Śmierdziało w salce zdjętymi trampami „Orion”, czy tam „Warior”. Nauczyciela – pana Tomka, a z czasem jakiejś pani w ogóle nie było tam słychać.

Historia – w późniejszych latach edukacji to mój ulubiony przedmiot zaraz obok WOS-u, a WOS też zdawałem na maturze rozszerzony i zdałem za pierwszym razem.

Otóż na historii dostałem od grubawego okularnika – pana Marka uwagę do zeszytu o treści: „Michał stwierdził na lekcji historii że prezydent Kwaśniewski to Żyd pierdolony”. Rzeczywiście tak stwierdziłem bo była akurat lekcja o władzach RP, a uwagę podpisał tata. Dość wspomnieć że sam zeszyt był z okładką „Świata według Kiepskich” – taki komiks na okładce :), a z tyłu zeszytu było flamastrami namazane wiele słów – „toudi” bo tak nazywaliśmy faceta od historii. Zeszyt z Kiepskimi miałem też do religii.

A teraz opowiem wam jak kiedyś dwa miesiące nie było historii:
Otóż Pan „Toudi” wchodził na przerwie po schodach i poślizgnął się na paczce po czipsach, którą jakiś mały łobuz mu podrzucił. Spadł i połamał obie nogi :D. Dlatego historii nie było dwa miesiące. A gdy wrócił to musiał napisać raport o sobie bo był w szkole takim gościem od pisania raportów z wypadków.

Ruski – nauczycielka musiała do tego stopnia przekrzykiwać naszą klasę że prawie straciła głos i ledwo było ją słychać. Potem przez długi czas nie było rosyjskiego bo chodziła na jakąś terapię.

Szpilki (też przedmiot szkolny :P) – jak już wspomniałem służyły do zatykania zamków w drzwiach.

Piwnica/konserwatornia – obiekt ciekawości dzieci na długich przerwach. Schodzenie tam było zakazane nie wiadomo dlaczego, ale przesiadywało tam dwóch smutnych panów – tych od zmieniania zamków w drzwiach. Coś się dymiło i były otwarte drzwi, przez które można było wyjść na dwór. Po poręczy bawiliśmy się tam w wyścigi plastikowych pokemonów.

Pokemony – karty z żetonami i kamyczkami do gry, naklejki do klasera/albumu i plastikowe figurki do pokeball`a (taka dwuczęściowa kulka, jej części się zamykały gdy przywiązana do sznurka figurka uderzała w plastikowy dzyndzelek w dolnej części pokeball`a). Dostałem takiego pokeball`a na dzień dziecka to mało się nie zesrałem ze szczęścia. Pokemony były swojego rodzaju biżuterią młodzieży za moich czasów, a posiadana ich ilość i jakość, niezależnie czy karty czy naklejki i album świadczyła o majętności i statusie społecznym rodziców. Pokemonami można się było wkupić do każdej bandy, szajki, ferajny i zyskać dzięki nim kolegów.

Bilon – gra w strzelanie jednym groszem do pięciu groszy na przerwach. Kto zbił inną monetę pstrykając palcami w drugą wygrywał tą pierwszą. Już jak pokemony się znudziły, a dzieci zaczęły dorastać. Taki pierwszy przejaw przedsiębiorczości u młodzieży tępiony przez funkcjonariuszy publicznych zwanych nauczycielami jako hazard i przestępstwo.

Tomagochi – chińskie lub japońskie jajko elektroniczne z hodowanym zwierzątkiem. Grało, piszczało to to najczęściej na lekcjach. Trzeba to to było karmić i przewijać – to co się tam hodowało. Taka namiastka odpowiedzialności w placówce , w której w ogóle o niej nie mówiono. Wszyscy to mieli, a kto nie miał był uznawany za dziwaka, dzikusa i był nie lubiany.

Pokemony i tomagochi to takie spoiwa pokolenia. Łączyły ludzi w podstawówce i pozwalały zawrzeć znajomości i przyjaźnie.

Na swojej pierwszej i ostatniej dyskotece byłem w szóstej klasie podstawówki. Szczegółów nie pamiętam, ale grało disco-polo i techno.

W piątek klasie nie zdałem. Oczywiście przez matematykę i zostałem jeszcze rok żeby mi się utrwalił materiał. Teraz na drugi rok zostawia się tylko nauczycieli, a klasy są o połowę mniejsze liczebnie niż 10-12 lat temu. Być może belfrom też się musi utrwalić…

Nowa klasa
W nowej klasie czułem się źle bo mnie nie lubili i dokuczali mi z powodu mojego niezdania. Wychowawczyni była jak na złość od matematyki, ale to nie ta, którą wczoraj opisywałem. W ogóle atmosfera była gęsta i odechciało mi się już całkiem chodzić do szkoły. Przeżyłem jakoś tą ostatnią – 6. klasę i był to najgorszy okres w mojej podstawowej edukacji. Gdybym w ogóle tam nie chodził nie zrobił bym sobie ani rodzicom wielkiej krzywdy bo byłem wtedy w wieku, w którym człowiekowi (jeśli można gówniarza 11-12 lat nazwać człowiekiem) siedzi w głowie wszystko oprócz nauki, a tu jest przymus chodzenia do szkoły. Ale nie ma przymusu uczenia się Zrobił był krzywdę funkcjonariuszom publicznym i ministrowi bo zepsułbym im statystyki. No może jeszcze rodzice poszli by do pierdla bo ich pociecha nie dopełniała obowiązku szkolnego….Ale ja prawie wcale nie wagarowałem.

Gimnazjum
Takiemu gimbusowi to tylko wódki i baby! Jak to dziecku! Bo młodość musi się wyszumieć! Trzeba opluwać tablicę przed lekcją i łamać krzesła łapiąc je za nogi. Kwiaty doniczkowe wylatywały przez okno, dziewczyny bawiły się cyckami na religii, na którą chodziło dość mało członków mojej i tak już nielicznej klasy. Ktoś wyjebał komuś z liścia za darmo, ktoś kogoś opluł, ja przykleiłem Pawłowi gumę do włosów za co dostałem naganę wychowawcy, ktoś spierdział się komuś prosto w twarz. Głośne bluzganie na lekcji, zeszyt uwag, w którym nie ma miejsca już na uwagi dla jednego z uczniów, skradziony dziennik lekcyjny i wrzucony do rezerwuaru w męskiej ubikacji. Do tego ściany ze zwykłej dykty oddzielające klasy, które łatwo było przedziurawić i płonąca ekspozycja rysunków gimbusów z innych klas na ścianie jednego z korytarzy. Zapomniałem o czymś? Aha – tekturowy zegar z dorysowanym fallusem kredą i podpisem – „Rossija” wystawiony w oknie jednej z klas na widok publiczny. Nie muszę chyba dodawać że na ten kreatywny pomysł wpadło kilkoro gimbusów (tak się wtedy jeszcze na uczniów gimnazjów nie mówiło) gdy pani od rosyjskiego wyszła z klasy. W ogóle ona mówiła że w naszej klasie to są jakieś schorzenia! No cóż – taki wiek.

Ruski – to ogólnie śmieszna lekcja była, którą sobie wszyscy olewali. Bluzgało się na niej, biło i wysmarowaliśmy nawet kredą krzesło nauczycielki, a miała czarną spódnicę… Ale ta na szczęście (swoje) głosu nie straciła.

Religia – katechetka była ogólnie miła i zawsze uśmiechnięta. Mówiła do gimbusów – ciapciaki.

UFO- taki Artur.Kolega, któremu wszyscy dokuczali łącznie ze mną.

WF – strach było wejśc na salę gimnastyczną żeby nie dostać w swój gimbazjalny ryj piłką lekarską od gimbusa, który już tam jest. Po drodze na tę lekcję ktoś wywalał zawsze UFO na ziemię, a przebiegające 30 osób sprzedawało mu kopniaki. Większość ze sprzętów do ćwiczeń stojących przed salą gimnastyczną była zardzewiała i zepsuta. Może oprócz kozłów i kija do palanta. Z czasem lekcje WF-u dla mnie i 2-3 moich kolegów zaczęły odbywać się nie na szkolnym boisku, a na bocznicy kolejowej z wagonami. W hangarze zwanym „Pestka” bo taki był tam napis. Tam jest teraz „Bohema”. I to były chyba moje jedyne wagary.

Szatnia – to tam po WF-ie rozgrywały się prawie dantejskie sceny. Bójki, kradzieże i znęcanie się gimbusów nad ich słabszymi lub bardziej ułomnymi kolegami. Kiedyś zabraliśmy jednemu spodnie i wywiesiliśmy na piorunochronie przed szkołą :). UFO latał w samych majtkach na długiej przerwie po korytarzu i szukał swoich spodni. Nagminnie wsadzaliśmy mu do plecaka również hantle z siłowni mówiąc nauczycielowi że je ukradł :D. Ale na siłowni rzadko bywaliśmy.

O swoistej atmosferze polskiej gimbazy niech świadczy fakt że w początkach uczęszczania bałem się iść nawet do kibla.

Kibel – kiedyś jakiś gimbus z innej klasy wrzucił do niego taką śmierdzącą bombę jakie były w komiksach o Donaldzie 🙂 (kaczorze, a nie Tusku :P). Szkoła została ewakuowana, przyjechała straż, policja itp. Było nawet w telewizji. Okazało się że ta niewinna zabawka z komiksu to jakieś niebezpieczne chemikalia, a na drugi dzień był apel dyrektora o konfidentach. Zebrani na nim gimbusi wydedukowali swoimi tępymi glacami że to właśnie drogą denuncjacji wykryto sprawcę śmierdzącego bombardowania.

W gimbazie też wylądowałem po raz pierwszy u dyra – pana Kupińskiego. Przechytrzyłem system bo nie można było wyjść na dwór głównym wejściem ponieważ było pilnowane przez nauczycielkę o cebulowych włosach. Wyszedłem z tyłu – wejściem na boisko, a wróciłem głównym żeby pokazać że jednak się da. I wylądowałem na dywaniku. Heh już wtedy byłem pomysłowy i przedsiębiorczy.

I w takiej oto atmosferze przebrnąłem przez trzy lata gimnazjum, które idzie teraz do likwidacji bo było niepotrzebne. Przy akompaniamencie poloneza, którego nigdy nie zatańczyłem bo zawsze uciekałem z tych tańców na bocznicę albo chowałem się za windą.

Co mogę dodać na koniec? Głupio mi, czuję się źle i jak jakiś oszukany frajer, który chodził do szkoły żeby być mądrym, a okazuje się że tracił czas.

To były moje szkolne wspomnienia i może jeszcze kiedyś mnie na nie najdzie.

Na razie kończę ten temat żeby nie było tak smętnie i nudno. Jutro będzie o tym skąd się biorą BitCoiny.

MikeHarry

Opowiadanie o szkolnictwie MikeHarry`ego cz. 2

Zebrało mi się na wspomnienia i żale co do obecnego systemu edukacji. Po wczorajszym wpisie na pewno wielu z was zastanawia się jakim uczniem był autor sam skoro ośmielił się skrytykować system edukacji miłościwie nam panujący teraz i 12-13 lat temu za świetności starych, dobrych gimbaz, które okazały się niepotrzebne, a kończąc je zmarnowaliśmy 3 lata swojego życia i teraz trzeba je zlikwidować. I temu właśnie poświęcony jest dzisiejszy wpis – uczeń: MikeHarry!

Otóż w podstawówce byłem uczniem niegrzecznym, w gimnazjum – chujowym, a w liceum dzikim odmieńcem, od którego wszyscy stronili. To w tej ostatniej szkole zaczął mi się włączać antysemityzm ekonomiczno-polityczny, ale nie rasowy, aczkolwiek „Mein Kampf” – wiadomo jakiego autora przeczytałem już w gimnazjum. Później uzupełniłem sobie tylko o „Międzynarodowy Żyd” H. Forda. „Protokoły mędrców Syjonu” przewinęły mi się jakoś pomiędzy. I w tej burzy zmienionego obuwia oraz ministerialnego zakazu palenia aby nie odstawać od schematu posłusznego wychowanka i przyszłego podatnika odkryłem że po 15 latach państwowej edukacji UMIEM CZYTAĆ . Płynnie, biegle i to w dwóch językach, a nie po sylabie tak jak niektórzy moi rówieśnicy co im zostało do dziś.

Ogólnie wyjebane miałem na materiał edukacyjny, którego nauczanie wymusił na nauczycielach minister, a na którego przyswojenie nauczyciele w szkole ponadgimnazjalnej nie kładli za dużej wagi. Chodziło im o to żeby uczeń był posłuszny, zgadzał się, nie pyskował i czuł się wobec funkcjonariuszy publicznych malutki i jak sługa bojący się nawet odezwać nie na temat czy wyrazić swojego zdania na temat. Liczyła się oficjalna wersja trąbiona przez nauczycieli i zmieniające się co roku podręczniki i ich zawartość.

Klasę w liceum miałem o profilu informatyka-angielski i po jej skończeniu nie umiem za bardzo ani tego ani tego. Poza tym jak byłem w szkole to nie było informatyki bo coś tam z nauczycielką, ale informatyka była jak mnie nie było bo byłem chory. Podobnie było z przedmiotem co się wabił Podstawy Przedsiębiorczości – był raz w tygodniu i najczęściej nie było wtedy nauczycielki lub wypadał dzień sportu (wszystkie lekcje na trawie pod budynkiem szkoły), dzień wagarowicza, święto świateł, wyjście do kościoła i na klasowe lody albo w ogóle za słona zupa i tej nieszczęsnej Przedsiębiorczości nie było.

Na lekcjach dostawało się oceny, w moim przypadku niskie najczęściej i tak już ludziom zostało że przyzwyczajeni są coś dostawać, a nie dawać od siebie. W szkole dostaje się oceny, po niej marzy się o dostaniu stałej pracy na ciepłym etacie, a w pracy dostaje się pensje i premie. W święta dostaje się prezenty, a do lekarza nie chodzi się będąc chorym tylko nawet zdrowym aby dostać receptę dzięki której za bilety NBP (dostaliśmy je w pracy) dostaniemy w aptece upragnione i wyczekiwane z niecierpliwością leki lub ruskie szlugi na mecie (no co? – wolny rynek :P) – również nieodłączny atrybut obywatela, któremu przez 18 lat wciskali do łba pedagodzy że aby nie podskakiwać ministrowi to się nie pali.

I tak oto przez większość nauczycieli będąc ignorowanym, a przez kolegów z klasy niezauważanym bądź nie lubianym dotrwałem do matury: rozszerzonej z niemieckiego i zdałem ją za pierwszym razem i podstawowej z polskiego, którą powtarzałem rok później bo nie nie zdałem. Chociaż się kurwa nauczyłem! A do poprawki się nie uczyłem bo już miałem na to wyjebane i zdałem. Może dlatego że drugą część pierwszej matury (matury właściwej?:D) zdawałem po pijaku i cisnęła mnie pompa. Ale maturę ostatecznie zdałem i to z wysokim procentem! Trzymam ją w klaserze na półce i patrze się czasami na nią żeby się dowartościować. Bezrobotny z maturą hehehe. Moi koledzy z pracy od wożenia trupów w Impelu robili to samo co ja, a matury nie mieli, także to dowodzi tego jak bardzo jest ona w życiu potrzebna i w pracy. Mogłem ją sobie powiesić na ścianie i oglądać co rano wychodząc z domu zapierdalać w szpitalu wojewódzkim jako sprzątający, gdzie większość moich kolegów była bez matury, a wcale nie głupsi ode mnie.

Potem były szkoły, do których wreszcie poszedłem z własnej woli, no może trochę za namową kuzyna, ale kierunki wybierałem sam:P. Było to CKU w Siedlcach i Uniwersytet Otwarty na siedleckim UPH (do dzisiaj), ale nie czuje się jakoś z tego powodu lepszy i nie uważam abym wniebowstąpił na jakiś ciepły i bezpieczny etat po tych szkołach. Przez ponad dwa lata jednocześnie pracowałem i się uczyłem.

Podstawówka
Byłem najgorszym uczniem i zawsze co złego to ja. Ktoś opluł tablicę, nawpychał szpilek do zamka w drzwiach i nie było lekcji bo konserwator wymieniał zamek, ktoś ciągał za włosy koleżanki i nie zmieniał butów. Uciekało się przed nauczycielami i na długiej przerwie robiło marsze wkoło budynku szkoły. Najbardziej nienawidziła mnie pani od matematyki i nawzajem. Z matematyki zawsze byłem niewyuczalny, nie kręciła mnie i miałem ją głęboko w dupie. Tak mi zostało do dzisiaj, ale gdyby nauczycielka z podstawówki nie uwzięła się tylko na mnie to może dzisiaj nie miałbym chociaż urazu, afrontu do dziedziny uważanej przez niektórych za królową nauk. A tak nienawidzę matematyki i wolę Żydów. Często lądowałem u pedagoga, bałem się chodzić na lekcję z tą „panią” .

Niemiło wspominam też szkolną fluoryzację (chyba jak każdy), a jedyna ostoją normalności była tam pani od religii twierdząca że telefon to diabelskie nasienie i że miała objawienia maryjne. Zwidy, głosy, które rzutowały na prowadzone przez nia lekcję. Dzieci czasami całe 45 minut przeklęczały i przemodliły. Czy to nie znęcanie się? Ale ona miała nawet audiencję u papieża.

Wychowawczyni z klas 3-6 mówiła do mnie – smarkaczu, na lekcji przypominającej coś w stylu wychowania seksualnego porozdawała dzieciom broszurki o dorastaniu i tych sprawach i pokazywała jak się nakłada prezerwatywę….na banana :). Wtedy był jeszcze krzywy bo przenajświętsza RP nie zdążyła jeszcze wniebowstąpić do wszechopiekuńczej UE. Sala najczęściej była od chemii – z ławkami, w których były kurki.

C.D.N…

Moja gimbaza – opowiadanie

Pamiętam jak 17-18 lat temu byłem gówniarzem chodzącym do podstawówki, a w słowniku polskich nastolatków nie było jeszcze słowa – gimbus. Gimbusów też jeszcze nie było bo nie było gimbaz (gimnazjów), a gimbusy to była pierwotnie nazwa autobusów dowożących uczniów do nowych szkół – gimnazjów. I gdy gimnazjów jeszcze nie było to ojciec paląc papierosa czytał gazetę po powrocie z roboty i straszył mnie małego że za jakieś 2-3 lata mają wejść jakieś „gimnazja” – tak piszą w gazecie i te gimnazja są koniecznie potrzebne. Nowa reforma oświaty miała obejmować wszystkich, a nie iść z podstawówki do gimnazjum i nie zostać gimbusem (jeszcze tak się to nie nazywało) to tak jakby wyeksponować dzisiaj polską flagę przed unijną, ale do żadnej unii jeszcze wtedy Polska nie wniebowstąpiła…

I jak ja i tysiące innych eksgimbusów mają się czuć gdy słyszą teraz że te gimbazy były jednak niepotrzebne? Że sraka i podnieta rodziców na myśl że ich pociecha nie będzie już chodziła do anachronicznej i przestarzałej, ośmioklasowej podstawówki tylko do trzyletniego gimnazjum, które zapewne wiele ich pociesze da były po nic? Że teraz trzeba te potrzebne gimnazja zlikwidować? A dlaczego zlikwidować?

Ja sobie nie wybierałem do jakiej szkoły będę chodził bo byłem wtedy w wieku, w którym za człowieka decydują TEORETYCZNIE jego rodzice. Ale nawet oni nie zdecydowali za mnie że mam iść do gimnazjum tylko ktoś zdecydował o ich dziecku za nich, a jak patrze teraz wstecz to zdaje mi się że mamusia i tatuś mieli totalnie wyjebane na to do jakiej szkoły i po co pójdzie ich dziecko. Robili po prostu tak jak kazał minister bo wszyscy posyłali wtedy swoje dzieci do gimnazjów. Nie mieli chyba wyjścia jak pociecha skończyła te 12-13 lat. Nie mieli – poszliby do pierdla jakby dziecka nie wysyłali do szkoły.

W gimbazie w której człowiek jest generalnie w takim wieku że interesuje go wszystko oprócz nauki, hormony buzują, chłopcy chcą krzywdzić innych żeby pokazać swoją wyższość dziewczynkom, które chcą tylko drogich błyskotek i mieć lepiej i więcej niż koleżanka z bogatszej rodziny albo to samo. Wtedy człowiek patrzy się na swoje otoczenie i robi tak aby zostać przez nie zaakceptowanym, ulega wpływom, mówi takim językiem jak inne dzieci, ogląda to co oni i słucha tego co oni. 13-16 lat to wiek w którym człowiekiem łatwo manipulować, wpływać na niego i zaszczepiać mu wartości. Kształtowana jest wtedy jego osobowość i to co się stanie w tym wieku zapamięta ten młody człowiek na wiele lat, najgłupszy przykład – ja. Ważne jest więc to kto i czym wpływa na tych młodocianych przestępców,co się im kładzie do tych tępych – antynaukowych saganów i jakie metody się stosuje wobec nich. Czym się ich kara i nagradza. Bo to wszystko zaważy na ich przyszłym życiu, będą to długo pamiętać i postępować z innym człowiekiem tak jak kiedyś ktoś z nimi postępował…

To od gimbazy zależy (zależało?) czy ten gimbus w młodzieńcze, a za dwa lata już dorosłe życie wejdzie jako optymistyczny i nastawiony na sukces chłopak, zadowolony że taką, a nie inną wybrał sobie szkołę ponadgimnazjalną (przynajmniej ja wybierałem ją sobie sam wtedy), czy wkurwiony na wszystkich w okół frustrat, przygnębiony samym widokiem placówki edukacyjnej, do której trafił.

To teraz mam rozumieć Proszę PIS-u (Szydła?) że gimbazę tą (nr.3 im. Tadeusza Kościuszki na ulicy Sekulskiej w Siedlcach) ukończyłem jednak niepotrzebnie i dyplom (świadectwo) wydany mi po tych trzech zmarnowanych tam latach jest nieważny? Że eksperyment się nie udał? Czy to była tylko przechowalnia dzieci w trudnym wieku z którymi nie wiedziało się jeszcze wtedy co zrobić, więc postanowiono je stłoczyć na te trzy lata w gimnazjach i niech się nauczyciele z pedagogami martwią?

I tak oto za mojego życia się zaczęło (ojciec czytający gazetę) i doczekałem się końca (list radnych siedleckich do premierki). Gdybym wiedział to wolałbym te 13 lat temu chodzić do ośmioklasowej podstawówki, w której tak samo marnowałbym czas jak w gimnazjum i miałbym po niej takie samo wielkie gówno jak teraz. Grunt że przynajmniej są świadectwa i dyplomy to jest czym przykryć to gówno żeby go przynajmniej widać nie było.

W nauczaniu nacisk był kładziony na zmianę obówia, a nie na to żeby gimbus czytał płynnie i ze zrozumieniem, a nie po sylabie (tacy sylabariusze dożyli 20, a nawet 25 lat i nadal czytają tak samo, mimo dwóch innych szkół ukończonych po gimnazjum, ale buty zawsze mają czyste!). I dalej (w szkole ponadgimnazjalnej) również nie naciskano na to żeby ten już dorosły prawie gimbus nie mylił „ć” z ci” i żeby stawiał myślniki z dwukropkami tam gdzie trzeba, ale na to żeby nie palić! Nie dlatego że powoduje raka i krzywdzi jeden z drugim tym siebie i palących biernie oraz że to szybsza śmierć, ale dlatego że taki jest przepis, minister tak kazał i bo to szkoła, a nie palarnia, mimo iż palone było poza jej terenem. W ogóle to pamiętam przypadki (ze 2) kiedy funkcjonariusze publiczni (nauczyciele) szczuli policjantem grupkę palących w krzakach uczniów. Ten to policjant odwalał za nich czarną, wychowawczą robotę i dzwonił do ich rodziców mówiąc im że ich nie umiejąca czytać, ale zmieniająca buty pociecha pali fajki w krzakach.

I taki oto sukces wychowawczo-oświatowy: Większość z tych pociech nie potrafi poprawnie pisać w swoim ojczystym języku, nie mówiąc już o dwóch lub trzech obcych, których ich uczono przez prawie 18 lat edukacji i nadal pali, ale po domu chodzi w kapciach, a po podwórku w czystych, markowych adidasach. Najgłupszy przykład – ja.

Podsumowanie
Żałuję że chodziłem do gimnazjum, chociaż to nie był mój wybór. Czuje się jak śmieć i gówno słysząc że chodziłem tam niepotrzebnie bo było ono w ogóle niepotrzebne i świadectwa jego ukończenia są już zapewne nieważne. Ale czy ważna jest wiedza, którą przez przypadek i z własnej woli, któreś z gimbusów mogło sobie tam przyswoić? Czy jeśli ktoś jednak był odmieńcem i dzikusem, więc nauczył się czegoś w gimnazjum też ma się czuć teraz tak jak ja?

Biorąc pod uwagę to że co roku wydawane są nowe podręczniki z inną wiedzą i z rewizją, uzupełnieniem, wyjaśnieniem wiedzy z poprzednich lat. Program nauczania się zmienia co roku i co roku wychodzą z tych gimnazjów i innych szkół absolwenci z coraz to nowym pierdolnikiem w głowie. Amen.

Co powstanie w miejsca zlikwidowanych gimbaz? Może jakieś Bitchnazja albo karawanseje?
Czy lepszy będzie powrót do ośmioklasowej podstawówki?

Siedleccy radni proszą!

Jednym z tematów podniesionych na jutrzejszej sesji Rady Miasta Siedlce (godz. 10:00) będzie wysłanie listu do premier Beaty Szydło dotyczącego pomysłu PIS-u: likwidacji gimnazjów. Nie wykluczone że jutro MikeHarry będzie przez jakiś czas przysłuchiwał się tej sesji, podczas której radni podejmą decyzję czy list ma być w ogóle wysłany do premierki.

Ta inicjatywa Mariusza Dobijańskiego – PO została poparta przez Komisję Oświaty Rady Miasta Siedlce. List siedleckich radnych jest skierowany do wiadomości min. poseł ziemi siedleckiej Anny Marii Siarkowskiej i posła PIS-u – Daniela Milewskiego. Z senatorów, adresatem listu otwartego siedleckich radnych jest Maria Zofia Koc.

Składający się z 5-ciu kolumn list ma skłonić premierkę do wycofania się z pomysłu likwidacji gimnazjów lub chociaż do ponownego przemyślenia tej kwestii. Podpisujący się pod nim radni podnoszą argumenty takie jak: wpływ decyzji o likwidacji ww. szkół na przyszłość polskiej edukacji i trudne do określenia pozytywne skutki tej decyzji. Jednak czy zwolennikom „gimbaz” z rady naszego w pełni zelektryfikowanego i odkułaczonego miasta uda się przekonać chociaż swoich kolegów z PIS-u (większość w radzie), którzy opowiadają się za przywróceniem starych, ośmioklasowych podstawówek? A tym samym ochoczo popierają inicjatywę likwidacji gimnazjów.

W drugiej kolumnie listu radni chwalą się że: „Od chwili przejęcia odpowiedzialności za oświatę w Siedlcach siedlecki samorząd nie szczędził sił i wysiłków, by stale i sukcesywnie rozwijać jej potencjał zarówno infrastrukturalny jak i uzyskiwane efekty dydaktyczno-wychowawcze w podległych mu szkołach i placówkach.”. Dalej jest mowa o osiągnięciu przez ww. samorząd sukcesów w tej dziedzinie i tym podobne.

Inne fragmenty listu:
„…likwidacja gimnazjów to koncepcja, która w żaden sposób nie rozwiązuje jakichkolwiek problemów edukacyjnych.”
(a więcej pieniędzy rozwiązuje problemy edukacyjne? Przypis: Mikeharry)

„zatrudnienie w każdej szkole pedagoga i psychologa szkolnego oraz innych specjalistów wspierających nauczycieli i wychowawców”…
(Najlepiej takich pedagogów z PIS-u. Katechetów?. Przypis: MikeHarry)

„uzupełnienia podstawy programowej historii o treści pozwalające na kształtowanie postaw patriotycznych i wiedzy obywatelskiej.”
(Bo i tego chcą od premierki siedleccy radni. Znaczy się wprowadzenia nowego przedmiotu tj. Wiedzy o Smoleńsku? Przypis: MikeHarry)

Siedleccy radni sugerują również premierce że opiera ona swoją decyzję o likwidacji na przesłankach emocjonalnych i nie może mieć pewności czy ta decyzja faktycznie przyczyni się do podniesienia poziomu i efektywności nauczania w szkołach.

Chcą pieniędzy!
Radni miasta Siedlce proszę premierkę Szydło o zainicjowanie debaty publicznej na temat edukacji, której wynikiem miało by być min. „zwiększenie środków przekazywanych w ramach subwencji oświatowej” i ” zwiększenie środków na rozwój kompetencji nauczycielskich”…

Zatem wiadomo już o co chodzi zwolennikom gimnazjów :), ale MikeHarry nawet jeśli głęboko pomyśli to nie domyśla się o co może chodzić ich przeciwnikom. Nie potrafię sobie również wyobrazić na jakich zasadach były by przydzielane i rozdawane poszczególnym placówkom oświatowym owe środki. Czy nie trzeba by zatrudnić do tego dodatkowego urzędnika, oczywiście jakiegoś eksperta z PIS-u? Wynająć mu biuro, zapewnić służbowy samochód, wczasy w Filadelfii…

„…wzbogacanie szkół i placówek o sale gimnastyczne, boiska, pomoce dydaktyczne oraz techniczne środki nauczania”. Skąd te środki drodzy, siedleccy radni?

Tak rozkminiam czy po zagwarantowaniu już gimbusom tego wszystkiego zostało by te 500 zł na dziecko :D.

Koniec listu
Tutaj radni wyrażają nadzieję że premierka podejmie ww. decyzję „spokojnie, merytorycznie i odpowiedzialnie. Ale jednego fragmentu, które radni pozwolili sobie zawrzeć w liście do premierki nie rozumiem, a mianowicie:

„Głęboko wierzymy, że dziejowa szansa związana z jednopartyjnym przejęciem odpowiedzialności za przyszłość naszej Ojczyzny jaka pojawiła się na wskutek październikowych wyborów…”

Ale ta kwestia nie będzie jedyną poruszoną na jutrzejszej sesji.

Tymczasem Beata Szydło raczej nie wierzy głęboko w maryjne właściwości flagi UE, sądząc po gównoburzy jaka wybuchła gdy wyniosła ona ww. flagę ze swojej konferencji. A jak z tą wiarą u siedleckich radnych?
Jutro dowiecie się co mnie boli w pomyśle likwidacji gimbaz.

Czy coca-cola szkodzi? – cała prawda

Zastanawialiście się kiedyś co zawiera skład największego napoju na świecie?
I czy rządy powinny pozwalać na sprzedaż artykułów, których receptura produkcji jest tajna?
Kto jest autorem receptury Coca-Coli, którą pije praktycznie cały świat i skąd się bierze komponenty do jej produkcji?
Ile litrów wody potrzeba do wyprodukowania jednego litra coca-coli i ile łyżeczek cukru znajduje się w jednej puszce tego napoju sprzedawanej we Francji, a ile w USA?
Czy brak wody w kranach w jednym z meksykańskich miasteczek jest związany z obecnością w nim fabryką coca-coli, która pobiera tam z ziemi wodę?
I ile jeden z największych koncernów na świecie zapłacił Meksykowi za eksploatację jego zasobów wodnych przez rok?
W jakim kraju spożywa się najwięcej coca-coli i dla czyjego zdrowia jest ona najbardziej szkodliwa?
Czy do produktu dodawane są niebezpieczne dla życia i żrące chemikalia i ile wiedzą o składzie produktu produkujący coca-colę pracownicy jej fabryk?
Ile lat ma receptura napoju i do czego służyły pierwsze na świecie napoje gazowane?
Jaki płyn dostarczają w ciężarówkach dostawcy półproduktów do fabryk coca-coli i kto jest prezesem koncernu?

Dlaczego niektórych udziałowców nie chcą wpuszczać na walne zebranie firmy?

Co to znaczy coca-colanizacja Meksyku?
I dlaczego z trudem można uzyskać w USA informację od rzeczników i innych pracowników koncernu?

Czy w fabrykach coca-coli dzieje się coś niegodziwego, a ludzie boją się mówić nie tylko o recepturze napoju?

I w końcu ile lat ma przepis na coca-colę?
Na te i kilka innych pytań o najczęściej pitym napoju gazowanym na świecie znajdziecie odpowiedź w tym prawie godzinnym filmie dokumentalnym o najpopularniejszym napoju na świecie.

Dość wspomnieć że ww. napój jest w Meksyku tańszy od wody i przeniknął już 40-30 lat temu do wierzeń religijnych tamtejszych Indian. Ci ostatni bekają po jego wypiciu twierdząc że w ten sposób z ciała wychodzą złe duchy i składają napój w ofierze swoim bogom. Koncern ukrywa nie tylko skład i recepturę swojego produktu składającego się między innymi z ekstraktu z liści koki, gałki muszkatołowej i rakotwórczego karmelu spożywczego, ale również tajniki pracy w swoich zakładach, finanse i to jak traktują swoich pracowników. Przeciwko jednemu z amerykańskich zakładów ci ostatni wystosowali nawet pozew zbiorowy do sądu.

Zawartość cukru w puszce napoju jest inna we Francji, a inna w USA, nazwa pewnej meksykańskiej miejscowości jest wpisana w logo napoju na opakowaniu. Były prezydent Meksyku jest za razem byłym dyrektorem w koncernie coca-coli i to on zezwolił mu dosyć pobłażliwie na produkcję napoju w jego kraju. Dość wspomnieć ulgi finansowe i podatkowe, którymi koncern cieszy się w Meksyku.

Francuska dziennikarka przemierza w filmie trzy kraje aby dowiedzieć się jakie komponenty znajdują się w butelkach i puszkach tego napoju i czy jest on w pełni zdrowy dla ludzkiego organizmu. Udaje jej się nawet zabrać głos nawet na spotkaniu z prezesem koncernu…

Jak myślicie ile łyżeczek cukru zawierają polskie puszki coca-coli i czy ten napój bardziej szkodzi niż pomaga?

Czy jak na filmie rzeczywiście powoduje udary mózgu i cukrzyc,ę?

I na jakich zasadach prawnych działa polska filia koncernu?

Czy u nas coca-cola również cieszy się szczególną pobłażliwością podatkowo-finansową ze strony urzędników państwowych?

I czy również z trudem można uzyskać informację na temat składu napoju i procesu produkcji oraz warunków pracy ludzi produkujących napój w Polsce?

Gdzie znajdują się właściwie polskie fabryki coca-coli?

„Rozstrzelać Polaków” – Tomasz Sommer

„Ludobójstwo Polaków w Związku Sowieckim w latach 197-1938 Dokumenty z centrali”.

Opracowanie Tomasza Sommera.

„W Związku Sowieckim pod koniec lat 30. XX wieku miało miejsce ludobójstwo na Polakach. Ofiary wyselekcjonowano na podstawie kryteriów narodowościowych i politycznych, w obu wypadkach podkreślając ich etniczność jako funkcję determinującą ich rzekomą winę. Decyzja o przeprowadzeniu ludobójstwa zapadła na szczycie sowieckiej władzy.

Prezentowana książka po raz pierwszy przy pomocy dokumentów pokazuje jak przebiegała ta zapomniana zbrodnia, której ofiarą padło być może nawet ćwierć miliona naszych Rodaków. „

Jak w powyższym opisie w tym liczącym 280 stron opracowaniu (razem ze skanami oryginalnych dokumentów i bibliografią) można przeczytać tłumaczenie autora autentycznych dokumentów i listów Stalina, Jeżowa, Berii i innych stalinowskich kacyków dotyczących rozkazu Jeżowa nr. 00845 o masowych aresztowaniach i egzekucjach Polaków mieszkających z ZSRR w latach 1937-1938.

Zamordowani zostali wybrani na podstawie kryteriów narodowościowych tj. bo byli Polakami, ale nie tylko. Dokumenty świadczą też o tym że w tamtych latach w ZSRR w zbrodniczy, masowy i bezprawny sposób aresztowano i stracono mieszkających w ZSRR Łotyszy, Niemców, Finów, Bułgarów, Afgańczyków, Greków i Harbińczyków (rosyjskojęzycznych Chińczyków). Represje nie ominęły też Żydów i rodowitych Rosjan.

Aresztowani byli oskarżani o szpiegostwo, szkodnictwo, dywersję i akty terroryzmu, których mieli rzekomo dokonać po nielegalnym przekroczeniu granicy jako uchodźcy polityczni czy nie zadowoleni z życia w Polsce. Według napędzających zbrodniczy aparat mordów ci uciekinierzy byli zwerbowanymi przez polski wywiad agentami mającymi destabilizować przemysł, gospodarkę i medycynę w ZSRR. Wielu z nich przeniknęło również do Armii Czerwonej i KC PZPR gdzie wykonywali dywersyjną i prowokacyjną robotę mającą na celu dezorganizacje tych organów państwa. Wielu z tych wyimaginowanych polskich szpiegów miało dostać się na najwyższe – kierownicze stanowiska w państwowym aparacie ZSRR i NKWD.

Masowe aresztowania zaczęły się od członków Komunistycznej Partii Polski przebywających w ZSRR, których również oskarżono o pracę dla polskiego wywiadu, oni również zostali straceni chociaż byli wiernymi i długoletnimi działaczami komunistycznymi oddanymi partii i chociaż ręczyli za nich wysoko postawieni ludzie w sowieckim aparacie władzy. To tylko potwierdza pogląd że największymi ofiarami komunizmu są sami komuniści.

Kolejnymi po polskich socjalistach i komunistach, których masowo aresztowano byli polscy księża również oskarżani o bycie polskimi szpiegami i kontaktami szpiegów cichaczem i nielegalnie przerzuconych przez polski wywiad do ZSRR. Polacy byli oskarżani też o zbrojne forsowanie granicy z ZSRR i zabijanie po drodze do lepszego świata radzieckich pograniczników. Tacy agenci mieli dostawać się na tyły ZSRR i dokonywać tam morderstw między innymi czerwonoarmistów. Mieli być bandytami i terrorystami wdzierającymi się na teren ZSRR z bronią w ręku.

Tajne rozkazy i korespondencja dotyczące postępowania z rodzinami aresztowanych, którzy również byli z czasem aresztowani i oskarżani o współpracę ze szpiegiem-dywersantem, którym miał być ich mąż, brat, ojciec. Tajne instrukcje Jeżowa czy Stalina regulowały również postępowanie z dziećmi aresztowanych i to bardzo szczegółowo w zależności od ich wieku oraz stopnia niebezpieczeństwa społecznego dla ZSRR. Były one wysyłane do radzieckich domów dziecka i obozów pracy, gdzie zostały wychowane w duchu komunistycznym.

Wieloletni pracownicy zakładów zbrojeniowych i przemysłowych czy stoczni, a nawet radzieckich kolei i to oddani komuniści, ale pochodzenia polskiego byli oskarżani o dokonywanie aktów dywersji w swoich miejscach pracy np. o opóźnianie celowe budowy i wodowania statków oraz mieszanie w grafikach kursów pociągów szczególnie wojskowych tak aby transporty nie dojechały na czas.

Zbiór zawiera także stenogramy z przesłuchań rzeczywistych i domniemanych szpiegów, którzy pod presją psychiczną i fizyczną wydają swoich wywiadowczych współpracowników i werbowników, zmyślają nieprawdopodobne fakty mające poprzeć ich winę w które śledczy w więzieniach NKWD bezgranicznie wierzą, a wręcz przeciwnie – nie wierzą w najbardziej oczywiste zeznania świadczące o braku winy przesłuchiwanego. Należy podkreślić że aresztowani są przetrzymywani w tych więzieniach i pozbawiani snu. Bici i torturowani na przesłuchaniach aby wydobyć od nich obciążające ich i ich otoczenie zeznania, najczęściej zmyślone. Wszystko dlatego że byli Polakami!

Jeżow i jego współpracownik – Frinowski osobiście wizytują te miejsca kaźni i zachęcają śledczych do takiego wymuszania zeznań. Świeżo upieczeni NKWD-iści z początku nie wiedzą jak się zachować bo pierwszy raz spotykają się z takimi metodami prowadzenia śledztwa, ale więzienia w których torturuje się i bije przesłuchiwanych są swojego rodzaju szkołami dla pracowników NKWD. Tacy szybko się uczą zachęcani obietnicami że za takie skandaliczne, przyśpieszone i bandyckie prowadzenie śledztwa nie poniosą żadnych konsekwencji.

Sądy i egzekucje skazanych już w śledztwie Polaków są dokonywane niezgodnie z radzieckim prawem i przez Trójki Specjalne, które mają za zadanie tylko odczytać zeznania oskarżonego wymuszone biciem w śledztwie i skazać go na śmierć. Przed takim składem sędziowskim upada ich nadzieja na znalezienie sprawiedliwości przed sądem i poskarżenie się na metody prowadzenia śledztwa. Do takich organów wyrokujących dokumenty (protokoły z zeznań) dostarczane są „albumowo” tj. zszyte w segregatorach po kilkaset, a z czasem nawet kilka tysięcy w których figurują nazwiska Polaków przeznaczonych do zastrzelenia. Grupy śledcze NKWD i więzienia prześcigają się w tym kto szybciej dostarczy Berii i Jeżowowi więcej „Polaczków” do rozstrzelania. Albumy podpisuje ten ostatni, najczęściej nawet nie przeglądając ich tylko otwierając na ostatniej stronie i podpisując wyrok na tysiące Polaków

Należy również wspomnieć że śledczy dokonujący pobić i tortur aresztowanych są również oskarżani potem o bycie polskimi szpiegami, którzy szkodniczo i niezgodnie z radzieckim prawem przeprowadzają śledztwa. Gdyż Polacy mieli przeniknąć nawet na najwyższe szczeble NKWD i kompromitować ten organ lub utrudniać jego pracę. Wychodzi na to torturowali i kazali rozstrzelać Polaków polscy szpiedzy i dywersanci, którzy przeniknęli organy NKWD i skazywali na śmierć niewinnych ludzi. Sami śledczy i mordercy z szefem tego zbrodniczego aparatu – Nikołajem Jeżowem włącznie są wreszcie aresztowani i skazani na śmierć, a wyroki również wykonuje się „albumowo”. Gdyż oni jako polscy szpiedzy i terroryści mieli szkodzić ZSRR swoją działalnością w NKWD…

I tak oto historia zatacza koło, a rewolucja pożera swoje dzieci i kaci też stają się na koniec katowanymi. Ofiarami swoich własnych metod.

Jeśli chcecie się dowiedzieć kto to byli Redens, Szarow I Jagoda oraz dlaczego w latach 1937-1938 aresztowano w ZSRR jego obywateli odwiedzających obce ambasady lub wyjeżdżające za granicę. I tego jak pracownik fabryki makaronu, oddany komunista, pochodzenia polskiego zostaje szpiegiem, prowokatorem i terrorystą zwerbowanym do szkodniczej pracy w ZSRR przez polski wywiad to musicie przeczytać tą książkę. Lektura obowiązkowa również dla interesujących się historią XX wieku, której nie uczą po szkołach bo ważniejszy jest holocaust w zachodniej Europie. Opracowanie Tomasza Sommera polecam też nauczycielom historii i POLAKOM, zwłaszcza młodym.

Sprawy techniczne
Ostatni rozdział książki zawiera skany dokumentów w oryginale tj. po rosyjsku.
Rok wydania: 2010
Wydawca: 3 SM Media Sp. z.o.o
Seria: Biblioteka wolności
Prawa autorskie: Tomasz Sommer
Całkowita liczba stron: 277

Pierwszym rozdziałem opracowania jest wykaz skrótów użytych w prezentowanych dokumentach.

Prezentowane dokumenty są nudne i nieciekawe. Pełno w nich nazwisk i liczb, numerów oraz skrótów. To jest zbiór dokumentów dla interesujących się losem Polaków w ZSRR w latach 1937-1938, więc brak książce spójnej fabuły i historii oraz dialogów. Jedynymi rozmowami są pytania śledczych do aresztowanych i ich odpowiedzi w stenogramach z przesłuchań.

Co nie znaczy że opracowanie można sobie olać i polecam lekturę sądzącym że tylko Żydzi byli na świecie eksterminowani. Ludobójstwo Polaków w ZSRR to nadal dosyć mało znany aspekt historii Polski.