Pierwsze posiedzenie Obwodowej Komisji nr. 2 ds. referendum w Siedlcach

Odbyło się wczoraj (28.08/2015) w Miejskim Przedszkolu nr 20 przy ul. Osiedlowej 3 w Siedlcach i ustalono na nim:
– datę i godzinę szkolenia dla członków komisji w Urzędzie Miasta Siedlce na przyszły poniedziałek tj. 31.08/2015 na godzinę 17:00
– datę liczenia kart do głosowania na 4.09/2015 r. na godzinę 15:30 (piątek)
– wybrano przewodniczącego i wiceprzewodniczącego ww. komisji i ustalono wstępnie czas dyżurów każdego z nich
– Poinformowano członków komisji o przysługujących im dietach tj.
1. 180 zł, przewodniczący
2.  160 zł, wiceprzewodniczący
3.  140 zł członek
– Członkowie komisji otrzymali pomoce dydaktyczne w postaci ustawy z dnia 14 marca 2003 r. o referendum ogólnokrajowym i ustawy z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks Wyborczy, a ściślej – wyciąg z niego o referendum ogólnokrajowym zaplanowanym na dzień 6.09/2015.

Uwagi
Dwoje członków komisji nie stawiło się na obowiązkowym, pierwszym jej posiedzeniu, a większość członków to kobiety (6), jest tylko 3 mężczyzn. Członkowie Obwodowej Komisji nr 2 są mieszkańcami pobliskich ulic w średnim wieku. Ja mam dyżur popołudniowy :D.

Reklamy

Zbieractwo podpisów na placu gen. Sikorskiego…

Dzisiaj tj.27.08 zbieractwo podpisów pod listami poparcia kandydatów na posłów i senatorów Komitetu Wyborczego KORWIN będzie się odbywało od godz. 15:00 na placu gen. Władysława Sikorskiego. Zmiana miejsca nastąpiła z powodów technicznych i czysto higienicznych bo wiem że mieliście już nas tam dosyć pod tą halą i nie bardzo chcieliście się podpisywać. Teraz jesteśmy więc w innym miejscu dla odmiany tzn. dzisiaj. Podpis nie jest w żadnym wypadku głosem i nie bierzemy „chwilówek” na pesele, ale wasz podpis umożliwia nowym i młodym ludziom z Siedlec start do parlamentu i potrzebujemy na senatora 2 tys. podpisów, a na posłów – 6 tys. Można złożyć podpis poparcia pod jednym komitetem, a głosować na kogoś innego i nie ściemniamy jak niektórzy twierdzą że to nie KORWIN bo przecież widać!. Wystarczy umieć czytać!. Jutro (piątek) akcja najpewniej przeniesie się nazad pod Halę Targową. Podpisów mamy na razie mało bo się nas boicie, chociaż nie składacie podpisu na pana JKM, ale na młodych Siedlczan kandydujących z list jego partii lub śpieszycie się na piwo (przynajmniej szczerze nam w ten sposób jedna kobieta odmówiła podpisu), więc przewidziano w dniu dzisiejszym podczas akcji atrakcję i to wcale nie w postaci pijanych mętów, drących ryje na ludzi i kręcących się śmierdząc wokół stolika  tak jak to bywało pod Halą Targową z powodu sąsiedztwa lokalu piwnego do którego ww. mieli po prostu obok naszego stolika po drodze i to co dzień ci sami!.

10984129_1657165461233906_328716424594976817_n

Podziękowania
Dziękujemy serdecznie za dotychczasowe podpisy poparcia oraz słowa otuchy i cenne informacje, które udało nam się pozyskać od podpisujących się przechodniów. Spotkaliśmy już ciekawych i wyjątkowych ludzi (jakie miasto, tacy i jego mieszkańcy) np. księcia i astrologa z którymi nasz kandydat do sejmu odbył wiele miłych rozmów :).

Atrakcja!
Dzisiaj na placu gen. Sikorskiego podczas akcji  będzie można porozmawiać z panem Tomaszem Janem Gajkowskim – naszym kandydatem na senatora i z panem Pawłem Wyrzykowskim – naszą „jedynką” do sejmu. Także będzie można zobaczyć tego na kogo się podpisuje bo będą sami na siebie zbierać podpisy (zadziwiające!, prawa?)….

Zapraszamy!.

Stonoga vs. Siedlce

Siedlce to miasto specyficzne i trochę specjalnej troski tak jak i gość, który miał je jutro odwiedzić. Gdzie się nie pojawi pan Zbigniew Stonoga to afery i skandale lub inne kontrowersje związane z jego obecnością. Pan Stonoga bardzo lubi rząd z ul. Wiejskiej i fiskusa, których aż z tej sympatii „pierydoli”. Otóż do naszego w pełni zelektryfikowanego i odkułaczonego miasta nie musiał nawet przyjeżdżać aby wybuchła mała afera co świadczy tylko o wyjątkowości Siedlec i rządzącego nimi reżimu z prezydentem Kudelskim na czele. Strach pomyśleć co to będzie jak wizyta i spotkanie Zbigniewa Stonogi z jego siedleckimi sympatykami dojdą wreszcie do skutku…..

Przedsiębiorca miał się spotkać jutro z mieszkańcami Siedlec na placu gen. Sikorskiego z tym że o jego planowanej wizycie ktoś (oficjalnie lokalne media) doniósł do Agencji Rozwoju Miasta będącej właścicielem terenu na którym pan Stonoga ma „wystąpić” 27 sierpnia bieżącego roku. Wspomniana spółka miejska zażądała od biznesmena zapłaty za wynajem jej terenu na którym ma się on pojawić. Na swoim facebook`owym profilu Zbigniew Stonoga zadał Siedlczanom pytanie:

„Zwracam się z prośbą do moich sympatyków z Siedlec.
Czy możecie mi coś więcej napisać o tych ludziach, którzy chcą ode mnie pieniędzy za to, że spotkam się z wami na chodniku, jak tysiące innych przechodniów?
Kim oni są i do jakich partii należą? znacie ich?”

ston

Agencja Rozwoju Miasta zwróciła się podobno do przyszłego prelegenta z prośbą o udzielenie informacji na temat charakteru i czasu trwania spotkania oraz miejsca w którym dokładnie ma się ono odbyć. ARM poprosiła też o informacje na temat zapotrzebowania medialnego podczas tego wydarzenia. Te informacje będą potrzebne potem do wystawienia faktury….

Jednak pobliski chodnik na którym ma odbyć się spotkanie nie należy już do ARM, ale do Urzędu Miasta Siedlce do którego biznesmen powinien zwrócić się o pozwolenie na organizację spotkania ze sobą w tym miejscu. O całym zamieszaniu poinformowały również wczoraj siedleckie portale informacyjne i będą śledzić sprawę zapewne do końca. Wizyta Zbigniewa Stonogi w naszym wyjątkowym mieście jest na razie nie pewna.

Mikkeharry też zapewne z przyjemnością się uda na ten wiec…

Publiczne podpisy ruszyły!

Od wczoraj siedleccy działacze partii KORWIN zbierają podpisy poparcia dla kandydatów do sejmu i kandydata do senatu (pan Tomasz Jan Gajkowski). Zbiórka odbywa się publicznie pod halą targową w godzinach 15:00-18:00, a wczoraj to nawet dłużej!. Jeśli ktoś ma ochotę wesprzeć podpisem lub tylko dobrym (albo złym bo też się zdarzało) słowem to zapraszamy. Myślę że problemu ze znalezieniem nas nie będzie bo chyba każdy (prawie) mieszkaniec naszego w pełni zelektryfikowanego i odkułaczonego miasta przynajmniej raz dziennie przechodzi obok Hali Targowej. Zbiórka będzie trwała do końca sierpnie i odbywała się w podobnych godzinach, ale nie koniecznie codziennie i jakby ktoś jednego dnia zapomniał dowodu, nie pamiętał peselu lub musiał się po prostu zastanowić to napotka nas tam dnia następnego. Długopisy mamy swoje 🙂 (bo kapitalizm), są też wolontariuszki, które chętnie wytłumaczą niejasności i pomogą niedowidzącym. Podpisać się mogą ci, którzy chcą umożliwić start w wyborach młodym i nowym ludziom – nasz kandydat do senatu ma 40 lat, a do sejmu – 24. Apelujemy do podpisujących się o wyraźne i czytelne wpisywanie adresów zamieszkania i numerów pesel. Podpisy nieczytelne mogą nam odrzucić, a służą one do weryfikacji i potrzebujemy ich 6 tysięcy. Pozostawię jednak bez komentarza to ile nazbieraliśmy dotychczas, ale to dopiero był pierwszy dzień zbiórki, a dzisiaj jest drugi. Przy stoliku będzie można też (czasami) spotkać kandydatów partii KORWIN w październikowych wyborach do rozmowy z którymi MikkeHarry gorąco zachęca!. Tak więc tutaj przynajmniej widać na kogo się podpisuje i można go o coś zapytać, a nie gryzie!.

Mnie też czasami będzie można tam spotkać, co prawda nie od samej 15:00 tylko trochę później, ale prawie zawsze. Dzisiaj będziemy stali w 2-3 chłopa. No, może we 4….

Puste karty do podpisów można znaleźć na stronie: http://www.partiakorwin.pl/zbiorka-podpisow-pod-listami-do-sejmu-i-senatu/ i na facebook`owym wall`u siedleckiego oddziału partii KORWIN.

Pociąg z nazistowskim złotem

Jakieś Ślązaki w Wałbrzychu znalazły podobno pociąg z kosztownościami z drugiej wojny światowej. I nic w tym dziwnego bo pod Wałbrzychem podczas wojny znajdował się kompleks daleko sięgających tuneli i z powodu nalotów bombowych w ostatniej fazie wojny produkcję przemysłową przeniesiono pod ziemię. W znalezionym przez Ślązaków pociągu znajdują się podobno wartościowe surowce i zrabowane przez hitlerowców wartościowe przedmioty. Ale czy niemieckojęzyczny „Focus” upomina się (ale tak trochę nie poradnie) o „swoje” pisząc artykuł o dwóch Polakach, którzy nie chcą jeszcze zdradzić miejsca znalezienia nazistowskiego skarbu?. Poniższy artykuł jest dowodem na to że niemiecka opinia publiczna została bardziej zaintrygowana wałbrzyskim znaleziskiem niż polska bo u nas MikkeHarry jeszcze o tym nie słyszał.

http://www.focus.de/panorama/zug-mit-nazigold-entdeckt-nazigold-angebliche-entdecker-wollen-kasse-machen_id_4888981.html (Cały artykuł DE).

Co ze skarbem?
Dwóch mężczyzn poda do wiadomości publicznej miejsce znalezienia pociągu z nazistowskim złotem pod warunkiem że władze (urzędy itp.) terenu na którym się on znajduje spełnią jeden warunek. A mianowicie chodzi o to żeby zagwarantowały im 10% ze znaleziska chociaż bo to że ich z niego obrabują i to w majestacie „polskiego” prawa jest więcej niż pewne. Kosztowności zrabowane przez nazistów na zajętych terenach znajdują się podobno w opancerzonym pociągu i teraz mogą być zrabowane po raz kolejny. Znalazcom mogą ukraść je okupujące Polskę władze Trzeciej RP (już nie Rzeszy!) rzucając tylko łaskawie ochłap (albo i nie!) na odpierdol jakim ma być żądane przez znalazców 10% wartości znaleziska. I taki to sposób na zarobek znalazło dwóch pomysłowych Ślązaków, ciekawe czy uda im się zrobienie w balona władz Wałbrzycha?. Jeśli tak to było by to całkiem uczciwe skoro i znalazca by dostał coś oprócz pouczenia i postraszenia przepisami tudzież pamiątkowego długopisu lub uścisku dłoni prezydenta Wałbrzycha. Przedstawiciel władz (tego) miasta nie potwierdza na razie ani nie zaprzecza znalezienia skarbu, chociaż pismo z żądaniem uczciwego podziału zysków zostało wysłane do urzędu.

Wałbrzych to takie miasto na południowym zachodzie Polski w województwie dolnośląskim jakby ktoś nie wiedział, a w artykule figuruje jako Waldenburg. Prezydentem Waldenburgu jest niejaki Roman Szełemej z PO.  Partia pasuje do dawnej nazwy miasta :).

Władze miasta pod batutą platfusa (lekarza kardiologa) grają pewnie teraz na zwłokę i zastanawiają się jak tu się nie podzielić ze znalazcami i zagarnąć cały skarb dla siebie (dla PO?). Mieli by dobrą amunicję w kampanii wyborczej do parlamentu, ale czy jeśli by się nie podzielili tj. okradli znalazców z całego znaleziska to przysporzyło by im to wyborców na tyle żeby dobrze wypaść w tych wyborach?. Czy raczej lepiej wypadli by w oczach opinii publicznej jakby się podzielili?. Myślę że teraz to jest najtwardszy orzech dla władz Wałbrzycha do zgryzienia aby tak sprytnie wszystko podpierdolić i nie narazić się na krytykę bo wielki brat patrzy.

Znalazcom gratuluję i życzę powodzenia w walce z okupantami Polski tj. władzami Wałbrzycha o chociaż cząstkę znaleziska.

Borgen (Rząd) – House of Cards po duńsku

Serial polityczny w stylu „House of Cards”, którego akcja rozgrywa się w państwie europejskim bo w Danii. Dlatego problematyka poruszana w odcinkach (których na razie obejrzałem dwa, ale mnie zachwyciły bardziej niż ww. amerykański serial) jest bliższa Polakowi zainteresowanemu polityką jak i jej fikcyjnymi scenariuszami, które mogą się kiedyś spełnić jako Europejczykowi. Już w dwóch pierwszych odsłonach zostały poruszone tematy jakże znane nam z podwórka polskiego tj. wydawanie publicznych pieniędzy z podatków przez polityków na ich prywatne zakupy (niżej będzie o co chodziło) i znane z podwórka europejskiego tj. problem imigrantów, którzy w przypadku Danii nie napływają, ale są stałym elementem krajobrazu tego państwa i biorą czynny udział w życiu publicznym i politycznym w serialu jak i w rzeczywistości. Wielka (duńska) polityka przeplata się w fabule z prywatnymi romansami i wpływem mediów oraz opinii publicznej na najwyższe osoby w państwie z których jedna popada w nie lada kłopoty….

borg

Stara żona premiera Danii przebywając z mężem w Londynie narobiła sobie zakupów na ponad 70 tys koron duńskich (nie wiem ile to funtów, ale to nie ważne) z tym że nie miała czym zapłacić i zadzwoniła po męża. Robiąc szopkę w drogim sklepie z ciuchami i obnosząc się z byciem żoną premiera europejskiego państwa zmusiła męża do zapłaty za swoje ubrania bo nie chciał już robić scen. Jest przecież poważnym politykiem!. Pech chciał że nie wziął akurat swojego portfela, ale w kieszeni marynarki miał służbową kartę płatniczą!. I tak oto premier za fochy swojej starej żony w obcym państwie zapłacił pieniędzmi podatników co dla Polaków nie jest takie dziwne, a dla polskich polityków pewnie też nie, ale Duńczyk czuł się z tym źle i miał małe wyrzuty. Szef duńskiego rządu myślał że uda się jakoś sprawie ukręcić łeb i rachunek za ubrania żony ze swoim podpisem przekazał swojemu współpracownikowi, który zapewnił go że uda to się jakoś wpisać w wydatki rządowe/partyjne, a poza tym konto zostanie obciążone dopiero za dwa tygodnie, więc jest trochę czasu na myślenie. Pech chce że ten współpracownik premiera umiera w trochę dziwnych okolicznościach w łóżku pod swoją kochanką, która też jest ważną osobą w duńskim życiu publicznym. I rachunek na ponad 70 tys koron za prywatne ciuchy żony premiera trafia w niepowołane ręce przedstawiciela opozycji…. W kraju zbliżają się wybory, a premier ubiega się o reelekcję, dochodzi do publicznej debaty w mediach z kandydatami na której pojawia się też feralny rachunek z podpisem premiera zabrany trupowi. Nadeszła więc pora na zmianę rządu i premier został zgnojony, a nowym została kobieta z gabinetem w którym połowa ministrów jest kobietami, a dla jednego z lobbys utworzono nawet specjalne ministerstwo. Nowa premier Danii zadbała o parytety w swoim gabinecie i będzie też dbała o imigrantów….

Tymczasem zaczyna się szukanie haków na poprzedników, grzebanie w prywatnej korespondencji najwyższych osób w państwie oraz targowanie się o to ile ministerstw ma otrzymać które stronnictwo z tych, które wejdą do tego nowego, „prokobiecego” rządu. Takie rozmowy i targi odbywają się w zaciszu gabinetów i prywatnych mieszkań przedstawicieli zainteresowanych stronnictw, a z dala od opinii publicznej. Nic w tym dziwnego bo kłótnie o ministerstwa mają miejsce 3 dni przed wyborami….

Serial dobrze się zapowiada, a akcja jest zawrotniejsza i żywsza niż w „House of Cards” i tematyka fabuły jest mi bliższa niż ta z USA. A skoro w pierwszym odcinku pierwszego sezonu zaczynają od trupa i udupienia premiera…..

Fritz Haarmann

Tak jak obiecałem, przedstawiam wam dzisiaj epileptyka, homoseksualistę i seryjnego mordercę chłopców z Hanoveru – Fritza Haarmanna. Urodził się w 1879 roku jako syn palacza lokomotywowego i kalekiej kobiety, starszej o 7 lat od swojego męża. Matka miała 41 kat gdy urodził się najmłodszy z sześciorga swojego rodzeństwa Friedrich. Już w wieku 16 lat został wydalony ze szkoły wojskowej ze względu na ataki epilepsji. Po śmierci jego i jego partnera w niemieckich mediach i niektórych grupach społecznych wybuchła straszliwa homopropaganda i zaczęły się też aresztowania niemieckich pederastów, a dlaczego? – czytajcie dalej to zrozumiecie!.

Haarmann

W domu rodzinnym
Mały Friedrich nienawidził ojca, który na siłę usiłował zrobić z niego mężczyznę. Był natomiast ulubieńcem swojej niezaradnej życiowo matki pod której opieką bawił się lalkami. W szkole wojskowej umieścił go również ojciec aby Fritz nabrał męskich cech, ten został jednak wydalony z powodu ataków epilepsji, więc męski tatuś trochę przecenił siebie i swojego synka.

Pierwsza praca i urlop Fritza
Po wyrzuceniu z wojska pracował trochę w fabryce cygar w której był tak nieudolny i leniwy że wreszcie go z niej wyrzucono i to ku jego radości!. Ale nasz bohater nie cieszył się długo urlopem bo zaraz potem policja aresztowała go za lubieżne czyny z nieletnimi chłopcami na których go rzekomo przyłapano. Jednak nie trafił do więzienia lecz do szpitala psychiatrycznego bo podejrzewano u niego chorobę psychiczną. Haarmann uciekł ze szpitala po sześciu miesiącach przez które lekarze nie zdiagnozowali u niego jednak żadnej przypadłości.

Po ucieczce z psychuszki Fritz zajął się drobnymi przestępstwami i czynami lubieżnymi z nieletnimi chłopcami, jednak żeby być obiektywnym należy nadmienić fakt (przynajmniej MikkeHarry to zrobi) że w roku 1900 utrzymywał przez jakiś czas stosunki heteroseksualne. Dziewczynie w której się rzekomo zakochał obiecywał małżeństwo, ale po zrobieniu jej dziecka uciekł przed ojcostwem do Pułku Strzelców w którym do 1903 roku służył nienagannie. Biedny Friedrich nie dowiedział się nawet o tym że jego dziecko urodziło się martwe. Gdy powrócił do Hanoveru zajął się tam (a jakże!) – drobnymi przestępstwami co z deka rozeźliło starego Haarmanna, który próbował nawet ubezwłasnowolnić syna, ale sąd nie znalazł do tego podstaw.

Druga praca i urlopy (w więzieniach) Fritza
Przez następnych 11 lat Fritz Haarmann mniej więcej tyle samo czasu spędził w więzieniu, co na wolności. Skazywano go za włamania, kradzieże kieszonkowe i wyłudzanie pieniędzy. Jego nieszczęsny ojciec, nie tracąc widać nadziei, że syn zmieni swe postępowanie, załatwił dlań – posunięcie wyjątkowo ryzykowne – posadę jednoosobowej obsługi smażalni ryb. Fritz natychmiast ukradł cały utarg, towar i wyposażenie… Wreszcie w 1914 roku skazano go na 5 lat więzienia za kradzież z magazynu większej ilości towarów. I zdaje się mi że to właśnie o tym skrawku jakże bogatego w przygody życia bohatera tego wpisu opowiada utwór grupy Ost+Front pt. „Denkelied”.

Początek
Zwolniono go z więzienia 1918 roku. Było to już po zawieszeniu broni i w Niemczech panował głód. W Hanowerze sytuacja była wyjątkowo zła. W tych właśnie warunkach Fritz Haarmann popełnił serię zbrodni, które stawia się wśród najbardziej zdumiewających przestępstw naszych czasów. Z początku wydawało się, że Haarmann znalazł wreszcie swoje miejsce w życiu. Przyłączył się mianowicie do bandy przemytników, zajmujących się nielegalnym sprowadzaniem mięsa do głodującego miasta. Dotąd popełniał drobne przestępstwa i prawie natychmiast wpadał w ręce policji. Teraz, gdy zajął się przestępczością na dużą skalę, zaczęło mu się świetnie powodzić. Wynajął mieszkanie na Cellarstrasse 27, gdzie prowadził swe „biuro”. Nie gardził kradzieżami, jeśli tylko mogły one przynieść wystarczająco wysoki zysk. Przy okazji był też konfidentem policji, co zapewniało mu względną bezkarność i jego kanały przemytnicze uchodziły za najpewniejsze. Jak się miało okazać, również i inna jego działalność trwała dzięki temu znacznie dłużej. Pierwsze szczątki ludzkie znalazły 17 maja 1924 roku dzieci, bawiące się na brzegu rzeki w okolicach zamku Herrenhausen. Była to ludzka czaszka. Następna została znaleziona dwanaście dni później, a kolejne 13 czerwca. Badanie wykazało, że głowy były odcięte od reszty ciała przy pomocy ostrego narzędzia, a następnie obdarte ze skóry i mięśni. Początkowo podejrzewano, że odnalezione ludzkie szczątki pochodzą z instytutu anatomii w Getyndze lub zostały porzucone przez złodziei grobów. Jednak te przypuszczenia zostały wkrótce obalone, gdyż znaleziono worek z ludzkimi kośćmi, a odnalezione szczątki zaczęto kojarzyć z zaginięciami chłopców i młodych mężczyzn. Badania kości i czaszek udowodniły, że w większości należały one do osób w wieku od 14 do 18 lat. W kolejną czerwcową niedzielę setki mieszkańców rozpoczęło przeszukiwania Starego Miasta i okolic rzeki Leine. Odnaleziono ponad 500 kawałków ludzkiego ciała (pochodziły od przynajmniej 22 ofiar). Zaczęto mówić o wilkołaku i pożeraczu ludzi. Policja rozpoczęła zakrojone na szeroką skalę dochodzenie, sprawdzano środowiska kryminalne, jak i homoseksualne. W wyniku śledztwa wyłoniono podejrzanego: Friedricha (Fritza) Haarmanna. Był on znanym policji sprzedawcą ubrań i mięsa.

Ofiary

Do Hanoweru przybywały niezliczone pociągi z uciekinierami. Haarmann bywał częstym gościem na dworcu, gdzie rozglądał się uważnie i wśród tłumu zdezorientowanych przybyszów wypatrywał młodych chłopców (jak wyznał później, stawiał też pewne wymagania co do ich wyglądu i urody). Upatrzonym ofiarom proponował nocleg i pomoc w znalezieniu pracy w obcym mieście. Odnosił się do nich tak serdecznie i życzliwie, iż rzadko zdarzało się, by spotkał się z odmową. Co więcej, jeśli taki chłopak przybył do Hanoweru z rodzicami, sami namawiali syna, by skorzystał z nadarzającej się okazji. Jedną z pierwszych ofiar Haarmanna był 17-letni Friedel Rothe. Jego rodzice nie widzieli Haarmanna na dworcu, lecz zaniepokojeni zniknięciem syna, rozpoczęli poszukiwania i wkrótce odkryli, że chłopak zaprzyjaźnił się z „detektywem” Haarmannem (ten bowiem chętnie przedstawiał się jako policyjny tajniak). Policja – jak należy sądzić, niezbyt gorliwie – przeszukała nawet mieszkanie Haarmanna, nie znajdując nic podejrzanego. Z braku dowodów śledztwo w sprawie zniknięcia Friedela Rothe zostało umorzone, lecz niedługo potem Haarmann trafił jednak na 9 miesięcy do więzienia, znów za czyny lubieżne z nieletnimi, przyłapano go bowiem in flagranti z innym chłopcem. Nie wiemy, czy podzieliłby on los nieszczęsnego Friedela Rothe. Jeśli tak, to należy żałować, że Haarmanna przyłapano, zanim przystąpił do dzieła. Uratowałoby to życie wielu następnym ofiarom.

Haarmann i Grans
Haarmann powrócił do Hanoweru we wrześniu 1919 roku. Przeprowadził się na Neuestrasse i dalej zajmował się przemytem. Wtedy też poznał innego homoseksualistę, nazwiskiem Hans Grans, drobnego złodziejaszka i stręczyciela. Obaj panowie przypadli sobie widać do gustu, wkrótce bowiem zawiązali osobliwą spółkę. Spotykali się w kawiarni Kröpcke, ulubionym lokalu wszelkiej maści zboczeńców. Tam właśnie powstawały plany ich kolejnych przedsięwzięć. Metoda była zawsze taka sama. Haarmann i Grans odwiedzali dworzec kolejowy i pilnie przyglądali się wysiadającym. Upatrzoną ofiarę, którą zawsze był młody, przystojny chłopiec, zwabiali do mieszkania przy Neuestrasse, obiecując nocleg, wsparcie finansowe, pracę i wszelką pomoc. Tam chłopca zabijano. Haarmann twierdził z całą stanowczością, że czynił to osobiście, przegryzając gardło swej ofiary. Nie sposób jednak sprawdzić jego zeznań, gdyż zwłok nie odnaleziono. Potem dwaj wspólnicy fachowo dzielili ciało. Część zwłok sprzedawano następnie jako mięso tymi samymi kanałami, których Haarmann używał w swej działalności przemytniczej. Odzież sprzedawano na targu, zaś części nieużyteczne (czyli niejadalne) wyrzucano do rzeki. Znaleziono ciało tylko jednej ofiary, chłopca nazwiskiem Keimes. Zwłoki wydobyto z kanału. Jak wykazała sekcja, chłopak został uduszony. W związku z tą sprawą miał zresztą miejsce dziwny incydent. Haarmann odwiedził mianowicie rodziców „zaginionego”, przedstawił się jako policyjny detektyw i obiecał państwu Keimes, że w przeciągu trzech dni odnajdzie ich syna i odprowadzi go do domu. Następnie udał się na policję i złożył poufne doniesienie, iż zabójcą Keimesa jest… Grans. Ponieważ Grans przebywał właśnie wtedy w więzieniu za drobną kradzież (o czym Haarmann doskonale wiedział), śledztwo umorzono. Prawdopodobnie Haarmann chciał tym posunięciem zapewnić sobie zaufanie policji, co najwyraźniej doskonale mu się udało.

Kilkakrotnie bardzo mało brakowało, by działalność Haarmanna została ujawniona. Pewnego razu schodził właśnie po schodach, niosąc przykryte kawałkiem gazety wiadro. Spotkał sąsiada, który nawiązał z nim rozmowę, gdy nagle jakiś przeciąg sprawił, że gazeta sfrunęła z wiaderka, ukazując jego zawartość: krew. Sąsiad doniósł o tym wprawdzie policji, lecz nie wszczęto dochodzenia. Przemyt mięsa, jakim zajmował się konfident Haarmann, stawiał go poza podejrzeniem. Innym razem Haarmann znalazł się w dużo groźniejszej sytuacji. Mianowicie nabywca mięsa nabrał podejrzeń, że Haarmann sprzedał mu ludzkie ciało. Zaniósł więc cały zakupiony „towar” na policję, ryzykując grzywnę za kupowanie u spekulanta. Mięso przekazano do policyjnego laboratorium, gdzie zostało zbadane przez lekarza. Akta sprawy litościwie przemilczają jego nazwisko: specjalista ten stwierdził bowiem ponad wszelką wątpliwość, że dostarczone mięso jest… wieprzowiną!. W maju 1924 roku na brzegu rzeki znaleziono czaszkę, kilka tygodni później – drugą. Nieustannie napływały zgłoszenia o zaginięciu młodych chłopców, niedawno przybyłych do miasta. Nie ulega wątpliwości, że Haarmann znajdował się wśród podejrzanych: mijały jednak miesiące, on zaś nie niepokojony zabijał dalej….

Akcja (nareszcie!) policji
Hanowerska policja wyznaczyła wreszcie do śledzenia Haarmanna dwóch detektywów, sprowadzonych specjalnie z Berlina (należy przypuszczać, że miejscowych obrotny konfident doskonale znał). Ci wkrótce zdołali przyłapać go na uwodzeniu pewnego chłopca, został więc zatrzymany. Podczas przeszukania znaleziono w jego mieszkaniu setki ubrań, które przeważnie były na niego za małe. Odkryto też, że syn dozorczyni przy Neuestrasse nosi marynarkę, która należała do jednego z zaginionych chłopców, zaś dzieci bawiące się nad rzeką odnalazły worek wypełniony kośćmi. Stwierdzono, że są to szczątki co najmniej 27 osób. Haarmann został aresztowany i wkrótce postanowił się przyznać.

Mięso i sąd nad mordercą
Proces rozpoczął się 4 grudnia 1924 roku. Trwał 14 dni, wystąpiło na nim 130 świadków. Podczas procesu Haarmannowi pozostawiono zdumiewająco dużo swobody i traktowano go wyjątkowo łagodnie. Często przerywał zeznania świadków wesołymi uwagami (w ogóle humor mu dopisywał). Raz spytał sędziego z oburzeniem, dlaczego na sali jest tyle kobiet; otrzymał wyjaśnienie, że wysoki sąd, niestety, nie jest w stanie ich usunąć, a brzmiało to jak usprawiedliwianie się… Gdy roztrzęsione matki szlochały, opowiadając o swych synach, Haarmann wyraźnie nudził się i prosił sąd o pozwolenie na wypalenie cygara, którego natychmiast skwapliwie mu udzielano. Fritz długo unikał konsekwencji swoich czynów, że względu na fakt, iż był konfidentem policji. Swoje ofiary zwabiał do mieszkania z rejonu dworca kolejowego. Jedną z jego ofiar był syn właścicielki domu, gdzie wynajmował mieszkanie. Haarmann sprzedawał na targu mięso z ciał swych ofiar, twierdząc, że to wieprzowina, czym zyskał przydomek Wilkołaka z Hannoveru. Nie miał wielu klientów, ludzie narzekali na dziwny, mdły smak sprzedawanego mięsa. Gdy zapytany, na sali sądowej ilu ich było (młodych chłopców), w ostatnim słowie, wzruszył ramionami i szepnął, że chyba ze 40. Podczas procesu wyszło na jaw (opowiedział o tym z dumą sam Haarmann), że podczas przeszukania głowa Friedela Rothe, owinięta w gazetę, leżała na piecu. Podczas procesu oskarżyciel przedstawił listę złożoną z 28 nazwisk przypuszczalnych ofiar Haarmanna. Uważano jednak, że było ich co najmniej 50, czego oczywiście, przy takim sposobie pozbywania się zwłok, nie sposób udowodnić. Zamordowani chłopcy mieli od 13 do 20 lat. Należy przypuszczać, że głównym motywem pary zabójców była chęć zysku. Jeden z nieszczęśników stracił życie tylko dlatego, że Gransowi spodobały się jego spodnie. Nie przyznał się do zabicia niektórych chłopców. Okazano mu na przykład zdjęcie zaginionego Hermanna Wolfa; widać było wyraźnie, że chłopak był brzydki i źle ubrany. Haarmann stanowczo stwierdził, że interesowały go wyłącznie ładne ofiary.

Wyrok
Friedrich Haarmann został skazany na śmierć, (a spodziewaliście się innego wyroku?) i ścięty toporem w 1925 roku, a jego partner – Hans Grans dostał wyrok dwunastu lat pozbawienia wolności. Oczekując na egzekucję Haarmann opisał swe morderstwa i przyjemność, jaką odczuwał przy ich popełnianiu, co dowodzi, że zbrodnie te miały swe źródło w jego perwersyjnych skłonnościach.

http://killer.radom.net/~sermord/wordpress/?page_id=907 Bardziej obszerny i szczegółowy opis życia i działalności bohatera dzisiejszego wpisu, który pozostawię na razie bez swojego komentarza.

* W tekście użyto fragmenty innych opracowań i artykułów.